piątek, 21 października 2016

Żel Aloesowy.

Kolejny specyfik nabyty w USA. Kolejny specyfik do Ciała. 




Żel aloesowy. Niby nic, a jednak mnie bardzo urzekł. Urzekł mnie jego zapach, kolor i konsystencja.
Żel przeznaczony jest do skóry suchej, ale uważam, że sprawdzi się do każdego typu skóry. 

Żel, choć w butelce ma kolor zielony, w rzeczywistości jest przezroczysty. Pięknie pachnie miętą, choć niezbyt intensywnie. Dobrze rozprowadza się na skórze, dając subtelne uczucie chłodu i orzeźwienia. Jest z początku delikatnie lepki, ale już po kilku minutach całkowicie się wchłania, pozostawiając skórę miękką i gładką.

Jak dla mnie, żel idealny! Moja mama także go używa i jest z niego bardzo zadowolona.

Kupiłam go stacjonarnie w Trader Joe's w San Jose za około 4$. W internecie, ceny wahają się od 4$ do 20$.


poniedziałek, 17 października 2016

Żel do kąpieli od Starej Mydlarni - zielona herbata.

Krótka moja ocena oraz opinia na temat żelu do kąpieli marki Stara Mydlania.
Starą Mydlarnię lubię. Przede wszystkim za przystępne ceny i atrakcyjną ofertę produktów.
Stara Mydlarnia ma dostępnych sporo serii, w których także niemało produktów.
Tym razem skusiłam się na żel do kąpieli z serii 'Zielona Herbata'.

'Przeciwstarzeniowy żel do kąpieli wzbogacony o ekstrakt z zielonej herbaty, roślinną glicerynę oraz witaminę B5.'




Producent zapewnia:
'Dokładnie oczyszcza, nawilża i regeneruje skórę, chroniąc jej barierę lipidową. Zielona herbata chroni przed procesami utleniania, działa przeciwzapalnie i przeciwstarzeniowo, wzmacnia naczynia krwionośne. Sprawia, że skóra staje się jedwabiście gładka i promienna. Kąpiel delikatnie oczyszcza, a zarazem pielęgnuje skórę, pozostawiając niepowtarzalny aromat.'

Jak to się jednak ma do rzeczywistości?
Moja skóra reaguje na owy żel bardzo dobrze, mimo, że przeznaczony jest do skóry suchej, a moja jest, cóż, raczej normalna. Po kąpieli z dodatkiem tego żelu staje się jednak dobrze nawilżona i odświeżona. Produkt średnio się pieni, natomiast co do zapachu, według mnie po prostu go nie ma, albo ja go nie czuję. Uwielbiam żele do kąpieli, które pięknie pachną, natomiast ten, cóż, zawiódł mnie pod tym względem.

Konststencja jest dosyć płynna, delikatnie lepka.

Dodatkowym plusem jest buteleczka. Jest bardzo gustowna, ładnie wygląda a dodatkowo jest zamykana korkiem, co dla mnie jest sporym ułatwieniem. Wystarczy koreczek wyjąć, wylać określoną ilość produktu i zatkać. 

Skład, któremu do naturalnego wiele brakuje

Aqua, Sodium Laureth Sulfate, Cocamidopropyl Betaine, Sodium Chloride, Cocoamide DEA, Parfum, Glycerin, Methyl Propanediol, Benzylalcohol, Methylchloroisothiazolinone, Tetrasodium Etidronate, Citric Acid, Aqua (and) Glycerin (and) Bytulene Glycol (and) Serenoa Serrulata (and) Adansonia Digitata,Propylene Glycol (and) Solanum Lycopersicum (Tomato) Fruit/Leat/Flower Extract, Water and propylene Glycol and Ulva Lactuca Extract, Citronellol,  Hexyl Cinnamal, Limonene, Linalool, CI42051, CI47005


Myślę, że przetestuję jeszcze inne produkty Starej Mydlarni, chociaż przyznam, że do składu mam spore zastrzeżenia. Moim zdaniem skład niczym nie różni się od składu pierwszego, lepszego żelu do kąpieli z dolnej półki. Cóż, szkoda, bo Stara Mydlarnia to marka, którą moim zdaniem stać na więcej. Przynajmniej mogliby nie oszukiwać kupujących, reklamując siebie jako markę naturalną, i zamieszczając z tyłu każdego swojego produktu sporej wielkości napis: "Dary natury".

niedziela, 16 października 2016

Mały offtopic, czyli moja historia odchudzania.



Wspomnieć należy, trochę z dumą, trochę z satysfakcją, że schudłam. Sporo schudłam. Schudłam aż 30 kg i zajęło mi to 3-4 miesiące. Oczywiście, posiadam wiele zdjęć porównawczych. Nie wiem jak Wy, ale ja widzę różnice i to spore.
















Nie wiem od czego zacząć cały ten wpis, więc zrobię go na zasadzie FAQ:


Jak mi się udało schudnąć? 
Miałam, przede wszystkim, bardzo silną wolę. Połączyłam ją z regularnymi ćwiczeniami i bum! Tak powstał Chocapic.

Czy widziałam się z dietetykiem?
Nigdy. Wszystko osiągnęłam sama, bez niczyjej pomocy. Nikt nie podsyłał mi przepisów, nie dopingował, nie kontrolował, nie mówił, co mam robić. Sama sobie gotowałam, sama ustalałam jadłospis, sama liczyłam kalorie. Pomagała mi jedynie moja mama, która gotowała dla mnie posiłki, kiedy ja nie mogłam lub nie miałam czasu. Dzięki, mamo!

Jaką dietę stosowałam?
Swoją własną, którą oparłam na wiedzy z zakresu biologii i żywienia (rozszerzona biologia w L.O na coś mi się przydała) - to wystarczyło, by wiedzieć co można a czego nie można jeść. Przede wszystkim postawiłam na węglowodany rankiem, wieczorem zaś bardziej łączyłam białka z tłuszczami. Starałam się nie przekroczyć 1000kcal dziennie. Jadłam dużo, ale zdrowo i rozkładałam dzienny jadłospis na 5 posiłków. Kiedy już osiągnęłam wymarzoną wagę, ilość kcal stopniowo zwiększałam do 1500 (każdego tygodnia dokładałam 100 kcal). Nie głodziłam się. Żadne głodówki, picie jedynie wody z cytryną, nic takiego nie wchodziło w grę!

Czy ćwiczyłam?
Oczywiście, choć niewiele. Przynajmniej nie tyle, by się przemęczyć, bo strasznie nie znoszę sportu. Był to jednak błąd, bo moja skóra po odchudzaniu była delikatnie zwiotczała a najbardziej ucierpiał mój biust. Jednak, by schudnąć, 20 minut dziennie ćwiczeń było w sam raz. Było to głównie 10min na rowerze oraz 10 minut ćwiczeń fitness (przysiady, brzuszki, nożyce etc.). Niekiedy dokładałam do nich jeszcze 10 minut na platformie wibrującej. Oczywiście można odchudzać się bez ćwiczeń, jednak efektów raczej nie będzie, a jeśli już będą, to ucierpi na tym organizm i nasze ciało.

Co jadłam?
Na początku, owszem, było sporo wyrzeczeń. Nie rezygnowałam jednak ze słodyczy i innych niezdrowych posiłków od razu. Robiłam to stopniowo. Załóżmy, jadłam dużo czekolady. Stopniowo więc zaczęłam ją ograniczać do jednej kostki dziennie, jednej na dwa dni, jednej na tydzień itd. Zrezygnowałam też z łączenia tłuszczy z węglowodanami. Wolałam łączyć białka z jednym z tych dwóch źródeł energii. Do godziny 15:00 (zwykle wtedy wracałam ze szkoły), wybierałam węglowodany + tłuszcz. Po południu, kiedy już raczej siedziałam w domu i energia węglowodanowa nie była mi zbytnio potrzebna, stawiałam na tłuszcz + białko. I tu jedna, bardzo ważna sprawa. TŁUSZCZE NIE TUCZĄ. Tuczy nadmiar węglowodanów, który odkłada się w tkance tłuszczowej. Tłuszcze nigdy się nigdzie nie odłożą, ba, warto je spożywać, choćby dlatego, że wpływają one na gospodarkę hormonalną. Wszystkie zatem produkty typu "light", "0% tłuszczu" są po prostu... bez sensu. Chyba, że ktoś po prostu tłuszczów spożywać nie może. Częściej jednak jadłam oleje roślinne niż tłuszcze zwierzęce, ponieważ te pierwsze są po prostu zdrowsze. Kiedy zwiększałam liczbę kcal, stopniowo do diety zaczęłam dodawać więcej tłuszczy oraz łączyć je ze skrobią. Do diety dołączyło także masło orzechowe (to mit, że jest niezdrowe. Jest bardzo zdrowe, pod warunkiem, że nie zawiera cukru, tłuszczów utwardzonych ani soli), zdrowsze wersje ciast i deserów i organiczne, bezcukrowe czekolady, zwykle domowej roboty, słodzone stewią lub ksylitolem. Jadłam sporo warzyw oraz owoców, jednak z tymi drugimi znów nie przesadzałam. Fruktoza też jest cukrem, a co za dużo cukrów to nie zdrowo.

Czego nie jadłam?
Cukru. Zastąpiłam go miodem, ksylitolem i syropem klonowym, które też spożywałam z umiarem, bo jednak cukry to węglowodany złożone, nieco 'gorsze' niż proste (warzywa).
Białej, oczyszczonej mąki, którą zastąpiłam po prostu mąką o wysokim typie oraz mąką żytnią, owsianą, kokosową, ryżową i innymi, także o wysokim typie.
Smażonych potraw. Stawiałam bardziej na gotowanie na parze oraz pieczone.
Unikałam też nadmiaru soli, która zatrzymuje wodę w organizmie.
Tłuszcze trans, tłuszcze utwardzone (uwodornione), hamburgery, McDonalds i wszelakie produkty gotowe, wysoko przetworzone, mrożonki - stanowczo odrzuciłam na bok.

Na co zwracałam uwagę?
Na skład produktów, które spożywałam. Starałam się wybierać te najbardziej naturalne, zdrowe, organiczne.

Inne zasady, które sama sobie postawiłam, by schudnąć:


1. Pić dużo wody. Jednak trzeba pamiętać, że woda znajduje się także w posiłkach, które spożywamy za dnia. Owoce, warzywa, zupy, herbata, kawa, wszystko to powinno składać się na te 1,5 litra, które pijemy w ciągu dnia.
2. Żuć gumę po każdym posiłku. Taki nawyk nie wpłynie tylko korzystnie na zęby, ale i na trawienie, ponieważ kiedy żujemy, w mózgu pojawia się informacja: "jemy, więc trawimy", co za tym idzie, soki żołądkowe są wydzielane i posiłek jest szybciej trawiony.
3. Posiłek spożywać na siedząco, w spokoju. Dokładnie przeżuwać, jeść powoli. Starać się nie jeść w biegu, na stojąco. 
4. Ryzykować z obfitych oraz zbyt późnych posiłków. Ostatni posiłek, według mnie, powinien być spożywany najpóźniej o 19:00. Wieczorem organizm robi zapasy, zatem nie potrzebujemy bomby kalorycznej na kolację. W nocy zaś metabolizm zwalnia, dlatego nadmiar kalorii i węglowodanów odkłada się w tkance tłuszczowej.
5. Dużo snu. Nie chodzi o to by spać do południa. Lepiej kłaść się wcześniej i wcześniej wstawać. Dla mnie idealna pora na sen to 22:00 - 6:00
6. Ważyć się raz w tygodniu, rano, przed śniadaniem. Uważam, że poranna pora jest idealna na skontrolowanie wagi, dlatego, że kiedy zjemy posiłek, lub kiedy mamy pełne jelita (czyli kiedy czujemy, że powinniśmy się wypróżnić) - możemy ważyć nieco więcej, niż faktycznie ważymy.
7. Zrezygnować całkowicie z alkoholu. Alkohol to puste kalorie, dodatkowo zwiększa nasz apetyt. Czerwone wino czy cydr są dozwolone, jednak bardzo sporadycznie.
8. Jeść często, ale mało. 5 mniejszych posiłków dziennie lub 3 większe. Najlepiej jednak jeść niewiele, co trzy, cztery godziny. 
9. Jadać posiłki o regularnych porach, nie omijając żadnego z nich.
10. Najważniejsza zasada, o której należy pamiętać - nie powracamy do starych nawyków żywieniowych! Dieta jest już na całe życie. Dieta jest stylem życia. Styl naszego życia powinien być zdrowy. Nawet jeśli jesteśmy z natury szczupli i należymy do typu osób które 'jedzą i nie tyją', nie powinniśmy jeść niezdrowo. Dlatego, że prędzej czy później nas to dogoni. A po co stresować się nowotworami, złym cholesterolem czy innymi chorobami? Ciało mamy tylko jedno i musi nam ono starczyć do końca życia.




Polecam do poczytania: klik!

Trader Joe's - Tea Tree Tingle.



Będąc ostatnio w USA, nie mogłam się oprzeć by zakupić szampon, odżywkę oraz płyn do mycia ciała w Trader Joe's. Przede wszystkim skusiły mnie rozmiary butelek oraz ich cena, bo za butelkę sporych rozmiarów szamponu, odżywki czy płynu do mycia ciała zapłaciłam 3,99$, więc cała trójka kosztowała około 12$.




Cała seria bardzo mi przypasowała. Pierwszy raz użyłam jej w wynajętym mieszkaniu w Los Angeles, gdzie ktoś zostawił resztki całej trójki. Sprawdziły się, więc od razu nazajutrz pobiegłam do Trader Joe's na zakupy.




Szampon jak i odżywka, pięknie pachną. Wyraźnie da się wyczuć olejek z drzewa herbacianego oraz miętę i eukaliptus. Szampon dobrze się pieni, dodatkowo w czasie mycia można poczuć delikatne, przyjemne uczucie chłodu, orzeźwienia na głowie. Odżywka bardzo łatwo się rozprowadza, nie plącze włosów a nawet ułatwia ich rozczesywanie. Szampon posiada idealną, jak dla mnie konsystencję. Ani za rzadką, ani za gęstą. Szampon oraz odżywka przeznaczone są dla wszystkich rodzajów włosów. Szampon dobrze zmywa oleje. Dodatkowo, zauważyłam, że moje włosy o wiele mniej i rzadziej się przetłuszczają, odkąd stosuję szampon i odżywkę z tej serii.

Jeśli chodzi o płyn do mycia ciała, idealnie nadaje się do golenia. Rozprowadzony na skórze daje dobry poślizg dla maszynki do golenia. Dodatkowo, dzięki mięcie oraz olejkowi w składzie, daje przyjemne uczucie odświeżenia, ale znów uczucie chłodu na skórze nie jest tak intensywne jak w przypadku szamponu czy odżywki, co ja akurat uważam za plus. 




Skład jak widać też jest fenomentalny. Produkty nie są testowane na zwierzętach. Ogólnie - uwielbiam i gorąco polecam, jeśli ktoś wybiera się do USA lub tam mieszka. Nie polecam zamawiać w internecie, ponieważ produkty nie kosztują 3,99$ a ponad 10$...


od lewej: płyn do mycia ciała, odżywka i szampon.

Jak dbam o włosy?



Na początek, krótka historia moich włosów w zdjęciach, od roku 2012 (na zdjęciach mój naturalny kolor):







Byłam posiadaczką bardzo długich włosów. Mimo takiej długości, nie były zniszczone. Były w świetnym stanie, mimo, że myłam je pierwszym lepszym szamponem i stosowałam pierwszą lepszą odżywkę. I to było wszystko co robiłam z moimi włosami. Nie modelowałam, nie prostowałam, nie kręciłam, nie robiłam im niczego złego, co mogłoby je uszkodzić.

Włosy jednak ścięłam pod koniec roku 2014, przed ścięciem zafarbowałam je na krótko farbą Venita Henna Color, która do najnaturalniejszych nie należała. Zatem przed ścięciem sięgały mi prawie do kolan i wyglądały tak:




Podstawowe pytanie zapewne rodzi się każdemu czytającemu w głowie: 'po coś Ty ścinała te włosy?!'
Odpowiedź jest prosta: Były piękne, ale i męczące. I niestety zżerały mi mnóstwo czasu i funduszy. Wyobraźcie sobie ile na nie szło olejów, odżywek, szamponów i jak uciążliwe było ich mycie a nawet proste, codzienne czynności jak siadanie, gotowanie, schylanie się czy załatwianie potrzeb w toalecie (o tak, siadanie na muszli klozetowej z wizją zamoczenia włosów w tym w czym nie powinny być zamoczone, to był koszmar... I nie ma się tu z czego śmiać, moi drodzy!)

A więc ścięłam. Jakieś 40 cm włosów chciałam przeznaczyć na cele charytatywne, jednak fryzjerka, mimo zapewnień o swojej wiedzy, nie wiedziała jak je ściąć i zrobiła to źle... Zatem nici z pomocy osobie chorej na raka i 40cm włosów leży sobie spokojnie u mnie w pudełeczku.
Za raz po ścięciu zostały ponownie pofarbowane farbą Venita Henna Color, tym razem o ciemniejszym odcieniu i wyglądały tak:




Były ścinane tuż przed moim wylotem do Grecji, gdzie, z niewiadomej przyczyny, porobiło się z nimi coś okropnego, zaczęły się zwijać, podwijać, buntować i były nie do ogarnięcia.




Po powrocie do Polski, postawiłam już na 100% naturalną pielęgnację. Farbowałam je przez jakiś czas naturalnym indygo marki Khadi, potem jednak przerzuciłam się na naturalną, czerwoną hennę Khadi, by osiągnąć ładny, mahoniowy odcień. Obecnie więc moje włosy wyglądają tak:





Moje ogólne zasady dbania o włosy:

1. Nie ruszam mokrych włosów. Tj. nie czeszę ich na mokro, nie modeluję, nie bawię się nimi. Powód: kiedy włosy są mokre, są o wiele bardziej podatne na uszkodzenia.
2. Po umyciu, nie wycieram włosów ręcznikiem (chodzi o to by nie trzeć, a co za tym idzie, nie uszkodzić). Zamiast tego, wyciskam z włosów nadmiar wody dłonią i po prostu zawijam je w ręcznik, robiąc turban/kokon.
3. Farbuję tylko naturalną henną. Chyba nie muszę tłumaczyć nikomu dlaczego nie powinno się farbować włosów farbami chemicznymi.




4. Nie używam suszarki, lokówki ani prostownicy oraz uważam na ciepło, które działa na włosy niekorzystnie, ponieważ podnosi łuskę włosa a co za tym idzie, porowatość włosów rośnie, choć delikatne ciepło jest w porządku. Kiedy hennuję lub olejuję włosy, trzymam je w cieple, by łuski lekko mogły się unieść i wchłonąć wszystko co najlepsze z olejów czy henny).
5. Włosy olejuję co 2-4 tygodnie olejami przeznaczonymi do mojego typu włosów.
6. Używam szczotki przeznaczonej do mojego typu włosów (włosy grube, gęste, więc najlepszą szczotką dla mnie jest szczotka pneumatyczna). Szczotkę co dwa tygodnie dokładnie myję, by pozbyć się bakterii i zanieczyszczeń. O tym jak dbać o szczotkę można poczytać tutaj. O tym jak dobrać szczotkę do włosów, tutaj.





Podstawowa zasada, o której jednak nie wspomniałam (cel zamierzony) w swoich zasadach to oczywiście mycie włosów i nakładanie odżywki.

Jaki szampon, jaka odżywka?

Zdecydowanie, jeśli chodzi o produkty, które mogę zakupić w Polsce, prócz mojej ulubionej marki Sylveco (balsam myjący Sylveco oraz odżywka wygładzająca Sylveco dosyć dobrze się u mnie sprawdzają. Są delikatne, bardzo delikatne. Delikatnie się pienią, mają bardzo delikatny zapach i dosyć luźną, płynną konsystencję. Delikatność, delikatność i raz jeszcze delikatność, jedynym minusem było to, że nieco obciążały mi włosy) uwielbiam także szampony i odżywki marki Baikal Herbals. Szampon, który widać po prawej stronie na poniższym zdjęciu, jest moim ulubieńcem. Szampon wzmacniający Baikal Herbals. Rzekomo działający przeciwko wypadaniu włosów. Czy działa właśnie w taki sposób? Cóż, jak dla mnie, może wzmacniać włosy na swój sposób, ale cudownym lekarstwem na wypadające włosy bym go nie nazwała. Wielkim plusem szamponu jest jego zapach. Ziołowo-kwiatowy, delikatny, nie nachalny. Szampon dobrze się pieni, jest delikatny dla skóry głowy, ale posiada sporą wadę - ma szeroki otwór, dlatego wydobycie z niego płynu jest dosyć trudne. Konsystencja szamponu jest jednak dosyć rzadka, co nieco upraszcza tę czynność. Szampon ma jednak przyjemny, niebieskawy kolor. Szampon dobrze działa na moje włosy. Nie przesusza ich, nie obciąża. Szampon jest średnio wydajny. Dobrze zmywa oleje. Cena to około 10zł.

Skład: Aqua with infusions of: Cichorium Intybus Oil (oil chicory), Potentilla Argentea Extract (extract silvery cinquefoil), Patrinia Sibrica Extract (extract patrinia anthrax), Organic Panax Ginseng Extract (organic ginseng extract), Organic Ribes Nigrum Seed Oil (organic oil seeds black currant); Magnesium Laureth Sulfate, Cocamidopropyl Betaine, Decyl Glucoside, Cocamide DEA, Sodium Chloride, Hydroxypropyltrimonium Chloride, Benzyl Alcohol, Benzoic Acid, Sorbic Acid (food preservative), Parfum, Citric Acid.




Po lewej zaś stronie, znów Bania Agafii. Tym razem balsam przeciw wypadaniu włosów.  Nieco obciąża i przetłuszcza moje włosy, mimo dokładnego spłukiwania. Ponad to uważam, że produkty Agafii mają dosyć intensywne, nachalne zapachy, przypominające mi perfumy mojej babci (pozdrawiam babcię, chociaż mnie nie czyta). Jest średnio wydajny. Ma delikatne właściwości myjące, co jest plusem, więc myślę, że u niektórych sprawdzi się przy zmywaniu olejów odżywką. Skład jest dosyć naturalny, poza paroma konserwantami, a na uwagę zasługuje Aquq nivalis, czyli woda strukturyzowana. Fragment jednego z artykułów, jaki znalazłam w internecie, mówi: „Strukturyzujmy wodę przeznaczoną do higieny — oczyszcza skórę skuteczniej niźli zwykła woda. Ostatnie „doświadczenia przeprowadzone przez naukowców" pokazują wyraźnie jej doskonały wpływ na organizm. W doświadczeniach tych przebadano wodę pozostałą w wannie po dokonaniu ablucji przez partycypanta. W wodzie zwykłej odnaleziono znacznie mniej zanieczyszczeń niźli w wodzie uprzednio zamrożonej. Wynika stąd prosty wniosek — organizm pozbywa się toksyn kiedy jest kąpany w wodzie strukturyzowanej, a wchłania zabójcze toksyny ze zwykłej wody. Nie powinno nas zatem dziwić, że nawet nasze ubrania wyprane w wodzie strukturyzowanej lepiej wyglądają i dłużej się noszą.”

Skład: Aqua nivalis, Siberian Water Complex® (Rhododendron dauricum, Inula Helenium, Atragene Sibirica, Helichrysum Arenarium, Solidago Dahurica, Erodium cicitarium, Pedicularis uralensis, Rubus saxatillis, Urtica Dioica, Saponaria Officinalis, Chamomilla Recutita, Silene Jenisseensis, Rhodiola Rosea, Artemisia Mongolica, Scutellaria Baicalensis, Polygonatum odoratum, Lamium album.), Rhododendron dauricum, Inula helenium, Atragene sibirica, Helichrysum Arenarium, Solidago dahurica, Erodium cicitarium, Pedicularis uralensis, Rubus saxatillis, Urtica Dioica, Seponaria Officinalis, Chamomilla Recutita, Silene Jenissensis, Rhodiola Rosea, Artemisia Mongolica, Csutellaria Balcalensis, Polygonatum odoratum, Laminum album, Cetrimonium Chloride, Cetearyl Alcohol, Ceteareth-20, Juniperus Communis Fruit Extract, Montan Wax, Scutellaria Baicalensis Root Extract, Panthenol, Guar Gum, Critic Acid, Kathon


po lewej - szampon, po prawej - odżywka.



sobota, 15 października 2016

Maseczka do twarzy - liftingująca (Bania Agafii)



Nadszedł czas na przetestowanie maseczki liftingującej, marki 'Bania Agafii'.





Zauważyłam jednak, że maseczka jest dosyć rzadka, jakby 'śliska'... 




Więc na pierwszy raz wolałam zmieszać ją z moją ulubioną glinką zieloną Cattier.




Maseczka ogólnie jest dosyć płynna, ciężko mi się ją nakładało na twarz, skapywała, spływała, co doskonale oddaje poniższe zdjęcie:




Zapach jednak jest bardzo delikatny, jak na Agafię, która raczej serwuje nam zawsze kosmetyki o intensywnym zapachu, niekiedy nawet dosyć nachalnym. Zapach kwiatowo-ziołowy. Na twarzy czułam lekkie mrowienie, chłodzenie, orzeźwienie. Specyficzne uczucie, aczkolwiek przyjemne. Po zmyciu maseczki z twarzy, była ona wygładzona i nawilżona.

Składniki: Aqua, Dicaprylyl Et-her, Butyrospermum Parkii Butter, Organic Camellia Sinensis Leaf Extract (organic white tea extract), Persicaria Hy--DROPiper Extract (extract of peppermint herbs), Malva Sylvestris Extract, Citraria Nivalis Extract (extract Cladonia snow), Kaolin,  Glyceryl Stearate, Triticum Vulgare Germ Oil,  Cetearyl Alcohol, Sorbitan Stearate, Sodium Cetearyl Sulfate, Xanthan Gum, Potassium Sorbate, Parfum

Skład mógłby być nieco bardziej naturalny. Najbardziej chyba drażnią mnie: SCS oraz guma ksantanowa i ogólnie, cała ta końcówka składu... Ale ja ogólnie jestem ostatnio jakaś czepliwa i podejrzliwa jeśli chodzi o Agafię. Zapewne z powodu całej tej burzy jaka powstała wokół tej marki.

Sweet Orange coconut body butter.


Masło do ciała, będące kombinacją olejów: awokado, shea oraz kokosowego, zakupione przeze mnie w Whole Body w USA za około 6$. Producent zapewnia: idealny specyfik do skóry wrażliwej, suchej. Ja co prawda nie posiadam tego typu skóry, jednak uwielbiam się olejkować a produkt był w promocji, dlatego się skusiłam.





Masło jest dosyć twarde, ciężko je wydłubać palcem z pojemniczka, za to na dłoni bardzo szybko się topi. Na ciele rozprowadza się nieco opornie, ale jest w tym wszystkim jeden, wielki plus - masło przepięknie pachnie pomarańczą. Zapach jest bardzo intensywny i mocno wyczuwalny.

Na moim ciele jednak sprawdza się średnio. Nie wchłania się, ciało jest po prostu 'tłuste' i ślizga się kiedy np. jestem w krótkich spodenkach i założę nogę na nogę.

Nie kupiłabym go ponownie, ponieważ, mimo pięknego zapachu, nie jest to po prostu masło stworzone dla mojego typu skóry.



Jak dbam o cerę?


No okej. Trochę się wstydzę, ale zrobię to.
Dla porównania, pokazuję swoją twarz z okresu zanim zaczęłam interesować się i stosować naturalną pielęgnację. Rok 2013 - stowowałam tylko i wyłącznie tonik marki Iwostin
PS: Patrzcie na czoło. xD




A teraz porównanie, rok 2015 - stosowałam (i dalej stosuję) płyn micelarny, tonik oraz krem w codziennej pielęgnacji, ponad to myję twarz co wieczór żelem do mycia twarzy, a raz w tygodniu wykonuję peeling, który swoją drogą przygotowuję sama, w domowym zaciszu. Twarz także traktuję olejkami.




Jak dla mnie widać różnicę i to sporą.





Jakich kosmetyków używam do codziennej pielęgnacji?




Przede wszystkim, uwielbiam markę Sylveco. Jest to Polska marka, marka ekologiczna i naturalna. I co najważniejsze, nie jest testowana na zwierzętach. Składniki są tylko naturalne, bez żadnej chemii. 

Jeśli chodzi o płyn micelarny Sylveco, bardzo go lubię. Ma delikatny, lipowy zapach i sam w sobie jest bardzo delikatny, jednak mimo tego, bardzo dokładnie oczyszcza twarz, usuwając sebum oraz resztki makijażu. Oczyszcza bardzo dobrze, ale i pielęgnuje, co jest wielkim plusem tego produktu. 
Cena: około 20zł.
Składniki: woda, Ekstrakt z lipy, Glukozyd decylowy, Gliceryna, Panthenol, Alantoina, Ekstrakt z aloesu, Kwas mlekowy, Alkohol benzylowy, Kwas dehydrooctowy

Hibiskusowy tonik do twarzy Sylveco także sprawdza się u mnie świetnie. Zapach jest delikatny, niemal nie wyczuwalny. Tonik ma łądny, czerwonawy kolor, jednak nie barwi skóry. Buteleczka jest plastikowa i niezwykle odporna na upadki. Ile razy upuściłam, lub po prostu tonik wypadł mi, w magiczny sposób, z ręki, i dosłownie nic mu się nie stało... Tonik nie jest najlepszy jeśli chodzi o nawilżenie twarzy, dlatego niekoniecznie sprawdzi się dla osób o bardzo suchej skórze. Jest troszkę lepki, jednak zupełnie nie jest to dla mnie problemem. Tonik także doskonale oczyszcza skórę i z łatwością zbiera z mojej skóry wszystkie te brudki o których płyn micelarny mógł zapomnieć. 
Cena: około 15zł.
Składniki: woda, Ekstrakt z hibiskusa, Gliceryna, Ksylitol, Panthenol, Ekstrakt z aloesu, Glukozyd kokosowy, Alkohol benzylowy, Guma ksantanowa, Kwas fitowy, Kwas dehydrooctowy.

Jeśli chodzi o krem brzozowy Sylveco (dostępna jest wersja zwykła kremu, która spodoba się osobom o cerze suchej, ale i jest też wersja lekka kremu, która ma konststencję bardziej lekką niż wersja zwykła, więc nada się do cery mieszanej czy tłustej), jako, że mam cerę tłustą, wybrałam lekki krem brzozowy. Zapach bardzo delikatny, ziołowy, konsystencja zaś lekka, nietłusta, krem szybko się wchłania i nie utrzymuje na skórze. Krem jest bardzo wydajny. Mnie starcza na ponad pół roku! Dostępne są także inne kremy marki Sylveco. - klik! 
Cena: około 23zł.
Składniki:  woda, olej z pestek winogron, olej sojowy, ksylitol, naturalny emulgator z oleju kokosowego, masło karite, stearynian glicerolu, olej arganowy, olej jojoba, kwas stearynowy, alkohol cetylostearylowy, alkohol benzylowy, betulina, octan tokoferolu, ekstrakt z aloesu, alantoina, guma ksantanowa, kwas dehydrooctowy, ekstrakt z mydlnicy lekarskiej, lupeol, kwas oleanolowy, kwas betulinowy.

Mała uwaga: krem zawsze wklepuję, zamiast go rozcierać dłonią. I tu znów odniosę się do powyższych zdjęć. Spójrzcie na moje czoło. Widzicie te okropne zmarszczki na pierwszym? Na drugim są już mniej widoczne a obecnie nie widzę ich prawie w ogóle. Podejrzewam, że po prostu wystarczyło zmienić sposób aplikacji kremu, oczywiście zmarszczki nie zniknęły całkowicie - po prostu, są mniej widoczne, mniej wyraźne.


Jakiego żelu do mycia twarzy używam?



Pierwszym naturalnym żelem do mycia twarzy jaki używałam był rumiankowy żel do twarzy, także od Sylveco. Za raz po nim, przyszedł czas na tymiankowy żel do twarzy Sylveco. Oba żele są niesamowicie wydajne - jedna buteleczka starczyła mi na ponad pół roku. Konsystencja obu z nich jest dosyć gęsta i jakby... Lepka? Mazista? Różnica między nimi jest w przeznaczeniu, ponieważ każdy z nich jest przeznaczony do innego typu cery. 


Wersja rumiankowa przeznaczona jest do codziennej pielęgnacji cery trądzikowej, zanieczyszczonej, z rozszerzonymi porami, a jej głównym zadaniem jest skuteczne oczyszczanie, odblokowanie porów i regulowanie wydzielania sebum. Formuła żelu rumiankowego opiera się na dwóch składnikach aktywnych: 
- olejku rumiankowym: wykazuje silne działanie przeciwzapalne, przeciwbakteryjne, przeciwgrzybicze i łagodzące,
- 2% kwasie salicylowym: posiada właściwości złuszczające, dzięki czemu pomaga pozbyć się zaskórników, rozjaśnia przebarwienia i zmniejsza blizny potrądzikowe.
Skład: Aqua, Lauryl Glucoside, Glycerin, Salicylic Acid, Panthenol, Sodium Bicarbonate, Sodium Benzoate, Chamomilla Recutita Oil.


Wersja tymiankowa przeznaczona jest do codziennej pielęgnacji cery łuszczącej się, zaczerwienionej i podrażnionej. Jej zadaniem jest skuteczne oczyszczanie skóry, łagodzenie podrażnień orazrozjaśnianie. Składnikami aktywnymi w żelu tymiankowym są:
- ekstrakt z tymianku: działa przeciwzapalnie i antyseptycznie,
- olejek tymiankowy: posiada silne właściwości przeciwwirusowe i przeciwgrzybicze, hamuje rozwój bakterii trądzikotwórczych takich jak Staphylococcus aureus i Propioniobacterium acnes, łagodzi stany zapalne, wykazuje działanie antyoksydacyjne,
- kwas jabłkowy: zmniejsza nadmierne rogowacenie naskórka, ogranicza powstawanie zaskórników, zapobiega rozwojowi patogennej mikroflory bakteryjnej, pobudza komórki do produkcji kolegenu i elastyny, zapobiega powstawaniu zmarszczek. 

Skład: Aqua, Lauryl Glucoside, Glycerin, Thymus Vulgaris Extract, Panthenol, Sodium Bicarbonate, Malic Acid, Sodium Benzoate, Thymus vulgaris (Thyme) Oil.

Oba żele są niezwykle delikatne dla skóry. Dokładnie ją oczyszczają, ale nie przesuszają. Wielki plus za pompkę, ponieważ aplikacja jest łatwa i przyjemna, dodatkowo pompkę można zablokować, przekręcając ją w bok - wtedy żel spokojnie może z nami podróżować a my możemy być spokojni i ufać, że się nie rozleje. Żele nie pienią się podczas mycia. Zapach jest dosyć specyficzny, nie każdemu przypadnie do gustu, zwłaszcza w przypadku tymiankowego żelu.

Obecnie stosuję żel do mycia twarzy, który kupiłam w Trader Joe's w USA. Zawiera olejek z drzewa herbacianego, co jest wielką zaletą tego produktu. 






Jeśli chodzi o wady tego żelu to na pewno będzie nią konsystencja - dla mnie jest zbyt rzadka, wodnista, płyn rozlewa się, przecieka przez palce.




Zaletą, jak już wspomniałam, jest olejek z drzewa herbacianego w składzie. O olejku herbacianym można poczytać tutaj. Po zmyciu żelu z twarzy, czuć przyjemne, jakby, 'chłodzenie' na twarzy. Żel ma intensywny, ziołowy zapach. Póki co zauważam, że owy żel mi służy, choć jest to nowość w mojej szafce, ponad to, nie jest dostępny w Polsce, dlatego uważam, że rozpisywanie się na jego temat jest bez sensu.

Jakich olejów używam do olejowania twarzy?


Przede wszystkim takich, które nie zapychają porów. Na pewno odpuszczam sobie olej kokosowy i arganowy, za to jak najbardziej stosuję, zarówno do olejowania jak i zmywania makijażu - olejek jojoba oraz olejek rycynowy. Dodatkowo, olej lniany do olejowania.

Olej rycynowy kupuję w aptece za około 2zł.




Jest to olej dosyć gęsty, dlatego przeznaczam go głównie do zmywania makijażu. Do tego nadaje się świetnie, idealnie rozpuszcza kolorówkę. Kroplę olejku aplikuję na palec (oczywiście wcześniej myjąc dłonie), po czym delikatnie przecieram nim brwi oraz rzęsy, ponieważ najczęściej cały mój makijaż składa się z przyciemnienia brwi oraz tuszu do rzęs - nie jestem fanką mocnego makijażu. Przecieram dopóki, dopóty nie czuję, że rzęsy czy brwi są już czyste. Wtedy zwykle wyglądam jak panda, ale tylko na chwilę, ponieważ wystarczy zetrzeć olejek wacikiem, by pozbyć się resztek makijażu. Demakijaż dopełniam po tym płynem micelarnym oraz tonikiem a na końcu aplikuję krem.
Olej rycynowy nie sprawdza się u mnie do olejowania twarzy, mimo, że nie zapycha porów i dobrze działa na moją cerę, jest po prostu zbyt gęsty i zupełnie się nie wchłania. Uważam go jednak mimo wszystko za dobry olej, jeśli chodzi o pielęgnację twarzy, z kilku powodów:
- oczyszcza,
- odżywia,
- nawilża,
- oczyszcza z toksyn,
- zmiękcza skórę,
- zwalcza infekcje skórne i leczy uszkodzenia skóry,
- niweluje podrażnienia,
- walczy z trądzikiem, bliznami i innymi zmianami skórnymi,
- wzmacnia oraz przyciemnia brwi oraz rzęsy,
- dobry na rozstępy oraz grzybice.

Olej jojoba oraz olejek z drzewa herbacianego także mają świetny wpływ na twarz. Oba kupiłam za około 6$ w Trader Joe's.




Olej jojoba zakupiłam niedawno w USA i od razu podbił moje serce. Chociaż minusem na pewno jest to, że jest w przezroczystej buteleczce, a nie w szklanej, wykonanej z ciemnego szkła. Chociaż, słyszałam, że olej jojoba rządzi się własnymi prawami. Mimo wszystko, następnym razem wybiorę olej jojoba jednak w szklanej, ciemnej buteleczce.
Olej jojoba dosyć szybko wchłania się, poza tym, lubię także stosować go razem z kremem, dodając po prostu kropelkę olejku do kremu, mieszając oba i wklepując w twarz. Najczęściej stosuję tą metodę przy wieczornej pielęgnacji. 
Olej jojoba jest świetny w pielęgnacji cery tłustej, skłonnej do trądziku. Olej jojoba budową chemiczną przypomina łój, produkowany przez naszą skórę, tworzy barierę ochronną (zapobiega wysuszeniu, odżywia, nawilża) i zmniejsza produkcję zapychającego nasze pory sebum (zapobiega wypryskom, łagodzi stany zapalne).
Olej jojoba jest bardzo wydajny i już dwie krople wystarczają mi na pokrycie całej twarzy.
Ponad to, olej jojoba znakomicie sprawdza się na moich włosach. Po olejowaniu są gładkie, śliskie, lśniące i nawilżone.

Olejek z drzewa herbacianego zwykle mieszam, podobnie jak olej jojoba, z kremem. Pierw wcieram w twarz niewielką ilość olejku, potem wklepuję krem. I znów, jak w przypadku żelu do mycia twarzy, towarzyszy mi specyficzne uczucie chłodzenia... Zapach jest piękny, jakby, miętowy? Choć moja siostra porównuje go do zapachu piwnicy. Okeej.
Olejek z drzewa herbacianego działa antysceptycznie, dezynfekująco, przeciwzapalnie, przeciwwirusowo, bakteriobójczo i grzybobójczo.
Niestety - osoby o cerze suchej powinny na niego uważać, ponieważ ma właściwości silnie wysuszające.
Stety - doskonale sprawdzi się u osób z cerą tłustą. Pielęgnuje tłustą cerę i kontroluje wydzielanie sebum.


A na koniec, mój mały ulubieniec:




Pasta cynkowa z kwasem salicylowym. Bo przecież nawet ja, dbająca o swoją twarz jak mogę, znajduję niekiedy niespodzianki... Wtedy ta pasta okazuje się naprawdę niezawodna. Nie stosuję jej jednak punktowo. Jak wiadomo, kwas salicylowy oraz cynk to najwięksi wrogowie trądziku. Działam więc tutaj zapobiegawczo. Odrobinę pasty nabieram na palec i delikatnie wmasowuję w twarz. Twarz od razu robi się biała i wyglądam jak duch, dlatego pastę nakładam jedynie na noc, przed snem, by rano móc zmyć resztki. Pasta nie wchłania się, nie powoduje alergii ani przesuszeń czy podrażnień. Nakładam pastę przed nałożeniem kremu, podobnie jak olejek z drzewa herbacianego. Pasta znakomicie radzi sobie z trądzikiem, krostkami i innymi niedoskonałościami, wysuszając je i likwidując. Cena to około 2 - 3 zł. Pasta ma konsystencję bardzo gęstą, twardą, ciężko jest ją rozprowadzić na skórze.





Jeśli jednak ktoś posiada ogólny problem z trądzikiem, pasta go nie rozwiąże. 


Naturalny puder do twarzy, oraz co nieco o glinkach i maseczkach do twarzy.



Jak wykonać naturalny puder do twarzy w domowym zaciszu? 



Ja zdecydowałam się zacząć wykonywać puder domowej roboty z jednego prostego powodu - nie spotkałam w żadnym ze sklepów naturalnego pudru sypkiego. A jeśli już znalazł się jakiś puder, który mi pasował, zawierał on silikony lub inny składnik który mi nie pasował. No i oczywiście, kolejny argument to cena. Po co przepłacać +50zł na sklepowy puder, kiedy można go zrobić za grosze, samemu?

Jestem posiadaczką cery w dosyć dobrym stanie. Nie dokuczają mi wszelkiego rodzaju niedoskonałości. W sumie, mogłabym całkowicie darować sobie puder, ale niestety - jeśli chodzi o typ mojej cery to jest ona tłusta... I jeśli nie używam pudru, który mógłby zredukować czasowo wydzielanie sebum - świecę się, a włosy kleją się do tłustej twarzy...

Używam trzech prostych składników, które mieszam ze sobą.

- glinka zielona (można używać każdego rodzaju glinki, do mojej cery akurat idealna jest właśnie zieolona),
- skrobia ziemniaczana (redukuje wydzielanie sebum, nie podrażnia skóry, nie zatyka porów, matuje, łagodzi podrażnienia, wygładza skórę),
- cynamon (działa antybakteryjnie, ale może uczulać, dlatego niektóre kobiety mogą spokojnie go sobie darować w swoim pudrze - ja dodaję go głównie dla koloru).

Moje proporcje na 100g produktu:

glinka zielona 45g,
skrobia ziemniaczana 50g,
cynamon 5g.





Słów kilka o mojej glince:




Stosuję obecnie glinkę zieloną, jak dla mnie idealną do cery tłustej. Ogólnie, o glince zielonej można poczytać tutaj lub tutaj.
Jak wybrać glinkę dla siebie? - Klik!
O glinkach cd. - klik! oraz klik! i jeszcze raz klik!




Jak stosuję glinkę jako maseczkę na twarz? 


1. Przede wszystkim, nigdy nie używam metalowych narzędzi ani miseczek do przygotowanie glinki, z prostego powodu - metal dezaktywuje glinkę. Używam porcelanowej miseczki a glinkę mieszam swoim pędzlem lub drewnianą łyżeczką/szpatułką. 
2. Glinkę zieloną wsypuję do miseczki (sypię zawsze na oko, tyle ile wiem, że starczy na pokrycie całej twarzy grubą warstwą) i zalewam wodą, najlepiej mineralną - dwie, trzy łyżeczki. Odstawiam na 30 - 60 minut, by glinka mogła napęcznieć i wchłonąć wodę.
3. Oczyszczam twarz płynem micelarnym. Uważam, że najlepiej nakładać maseczkę na oczyszczoną twarz.
4. Mieszam glinkę pędzlem (jeśli glinka jest za rzadka, dosypuję proszku glinkowego, jeśli za gęsta, dolewam wody) i nakładam na twarz, pomijając okolice oczu. Nie można jednak doprowadzić do tego by maseczka zaschnęła na twarzy! Po zmyciu takiej maseczki mogą pojawić się podrażnienia a twarz może być w złym stanie. Jeśli czuję, że moja maseczka wysycha, skraplam po prostu twarz wodą, używając do tego buteleczki z atomizerem.
5. Maseczkę trzymam na twarzy 10 - 15 minut po czym spłukuję letnią wodą.
6. Stosuję tonik do twarzy oraz krem.


Glinkę stosowałam też na włosy...


Dlatego że glinki mają także doskonałe działanie oczyszczające. U mnie jednak, po zastosowaniu glinki na włosach, były one w dziwnym stanie. Były napuszone, ich objętość znacznie wzrosła, a szczotka z trudem radziła sobie z rozczesaniem ich. Myślę, że u niektórych jednak stosowanie glinki na włosy może się sprawdzić. Możecie poczytać o tym tutaj lub tutaj.

Jakich pędzli używam do nakładania pudru? 


Posiadam dwa pędzle - większy, którego używam na co dzień oraz mniejszy, turystyczny - używam go w podróży. Jak prawidłowo dbać o pędzle? Myślę, że najlepiej opisane jest to tutaj.




Do nakładania masek używam takiego pędzla:




Jeśli chodzi o maski do twarzy to poza czystą glinką, używam też tych dwóch, w tym mojej ulubionej, Cattier:




Cattier to nic innego jak zielona glinka w kremie - bardzo duże ułatwienie dla osób, które są zbyt leniwe (czyli ja) by mieszać sproszkowaną glinkę z wodą, uważać na odpowiednią konsystencję etc. Bania Agafii nie była jeszcze przeze mnie testowana, ale kiedy to się stanie, będzie oczywiście wpis z recenzją.