wtorek, 31 stycznia 2017

Hennowanie włosów


Hennowanie włosów nie jest łatwe. Trzeba wiedzieć jak tego dotknąć i jak prawidłowo koloryzować włosy w ten sposób. Farbuję włosy naturalnymi farbami już cztery lata i choć nie lubię tego całego paćkania się i oczekiwania, wiem, że wszystko to jest warte zachodu, bo włosy po hennie nie tylko zyskują wspaniały kolor ale i są odżywione. Henna nadaje włosom blask, nawilża je i odżywia. Inaczej jest w przypadku indygo, z którym też miałam styczność... Farbowałam, jak do tej pory, tylko farbami Khadi i jestem z nich bardzo zadowolona.

Wszystkie farby Khadi, których używałam:




Prawdziwa, naturalna henna jest czerwona. Wszystkie inne farby hennowe posiadają zawsze domieszkę innego składnika, który ma zmienić lub zneutralizować odcień.

Henna to nic innego jak sproszkowane liście lawsoni bezbronnej. Czerwoną, naturalną hennę należy zalać gorącą wodą o temperaturze 90*C oraz dodać sok z cytryny. Potem należy wymieszać dokładnie hennę z cieczą, do konsystencji papki. Należy uważać, by nie zostały w niej grudki i by przygotowana farba nie była ani zbyt gęsta ani zbyt lejąca, bo gęsta masa nie pokryje dobrze naszych włosów a lejąca będzie przeciekała i barwiła co popadnie. Bez wysokiej temperatury i dodatku kwasu, henna nie będzie w stanie uwolnić z siebie barwnika. Więc, henna potrzebuje ciepła, by owy barwnik wypuścić - co za tym idzie, należy po wymieszaniu jej, odstawić w ciepłe miejsce na 12 godzin. Wystarczy zabezpieczyć naczynie folią spożywczą i owinąć ręcznikiem. Nie stawiajmy henny w pobliżu kaloryfera, by jej nie ugotować. Nie używajmy metalowych czy aluminiowych misek ani narzędzi do mieszania henny, ponieważ to ją zdezaktywuje i cała koloryzacja pójdzie na marne. Najlepsze do tego będą: szkło, drewno czy porcelana. Jeśli chodzi o trzymanie henny na głowie to należy owinąć nasze włosy folią spożywczą i nałożyć ręcznik lub czapkę. Powód? Henna może wyschnąć, co byłoby koszmarem dla naszych włosów a spłukiwanie jej byłoby niemal niemożliwe. Powodem numer dwa jest fakt już wcześniej wspomniany, czyli to, że henna potrzebuje dużo ciepła (i miłości). Włosy zniszczone, gdzie łuski włosa są rozchylone, będą potrzebowały 1-3 godzin, by "pochłonąć" barwnik z henny. Tyle też należy trzymać hennę na głowie. Włosy zdrowe, z szczelnie domkniętymi łuskami, jak moje, potrzebują 6-8 godzin. Masakra, prawda? Im dłużej trzyma się hennę na głowie, tym mocniejszy i trwalszy kolor.

Inaczej sprawa się ma w przypadku indygo. Indygo wymaga mniejszej temperatury - 70*C oraz nie wolno dodawać doń żadnych kwasów. Zatem, czarna henna Khadi (która ma nadać odcień ciepłej czerni) jest kiepskim wyborem, ponieważ zawiera mieszankę indygo oraz henny. I tu pojawia się problem - jak pogodzić tę dwójkę, by otrzymać pożądany kolor? Henna wymaga kwasu, indygo absolutnie, henna wymaga wysokiej temperatury, indygo niższej - co zatem zrobić, jak żyć? Dla mnie, ten rodzaj farby Khadi okazał się niewypałem.

Chociaż, jeszcze większym niewypałem okazało się czyste indygo, które miało zabarwić moje włosy na chłodną czerń z lekkim połyskiem błękitu/fioletu. Przede wszystkim - nawet po dobrym spłukaniu indygo, brudne było wszystko. Kołnierz mojej kurtki, poduszki i wszystko inne na czym legła moja szanowna łepetyna. Mało tego, moje włosy po indygo, choć faktycznie, ładnie zabarwione, były jednym wielkim suszem i puchem. W życiu na łbie nie miałam większej szopy. Włosy były ciężkie do rozczesania i sprawiały wrażenie zbyt grubych, przez które szczotka z trudem się przebijała. I co najgorsze - indygo nigdy w pełni nie spłukało się z moich włosów. Straciłam na zawsze mój wspaniały blond. Zatem dziewczyny, uważajcie, zanim chwycicie się indygo!

Kolor moich włosów po koloryzacji indygo:




Dziś koloryzuję moje włosy standardowo - czerwoną henną Khadi, z dodatkiem Amli i Jatrophy - nie jest to więc czysta henna, a dodatek dwóch pozostałych składników ma zneutralizować kolor. Nie będzie to więc krwisto czerwony a rudy. A że kolor moich włosów został trwale zniszczony przez indygo, na mojej głowie zagości mahoń, zamiast pięknego, marchewkowego rudego.




Henny Khadi kosztują około 30-40 zł. Po otwarciu opakowania, ukazuje się naszym oczom torebka z proszkiem, zabezpieczona dodatkowo sreberkiem, instrukcja obsługi oraz wykonania henny, czepek oraz rękawiczki.




Oto czego potrzebuję do wykonania zabiegu koloryzacji henną:




I uprzedzając pytania: tak, siedzę 8 godzin z czapką na głowie, w domu. Co robię, krok po kroku?


1. Kupuję hennę w sklepie zielarskim.
2. Transportuję hennę do domu i cieszę się, że była dostępna w sklepie.
3. Henna też się cieszy, że wpadła w moje dłonie.
4. Otwieram pudełko, wyjmuję zawartość, usuwam sreberko ochraniające torebkę z proszkiem.
5. Delikatnie rozcinam torebkę i wsypuję połowę do miski. Dlaczego połowę? Ponieważ moje włosy nie są na tyle długie, by miały wymagać jej więcej.
6. Do szklanki wyciskam sok z jednej cytryny i zalewam całość wodą o temperaturze 90*C.
7. Ciecz przelewam do mojej henny i energicznie mieszam do uzyskania średniej gęstości papki.
8. Naczynie zabezpieczam folią aluminiową, po czym owijam je ręcznikiem i odkładam na całą noc w ciepłe miejsce.
9. Biorę kąpiel, myję włosy dokładnie szamponem z SLS. Staram się dobrze oczyścić włosy, by przyjęły moją hennę jak najlepiej.
10. Idę spać, rano wstaję z suchymi włosami, które dokładnie czeszę i pędzę do łazienki.
11. Zdejmuję dywaniki z podłogi a z siebie ubrania - zdecydowanie wolę czyścić z henny skórę niż ukochane ubrania.
12. Do swojej henny dodaję jeszcze odrobinę soku z cytryny i mieszam.
13. Nakładam na dłonie rękawiczki a nadgarstki związuję gumkami recepturkami, by zapobiec zsuwaniu się ich.
14. Dokładnie nakładam hennę na włosy, a że nie lubię nakładać farby pędzelkiem, wcieram papkę niczym szampon.
15. Robię sobie na głowie kok, po czym owijam włosy folią spożywczą i nakładam czapkę.
16. Chusteczkami nawilżonymi dokładnie usuwam hennę z czoła, twarzy, pleców, ramion i podłogi.
17. Ubieram się i czekam 8 godzin, wykonując swoje codzienne czynności.
18. Po 8 godzinach dokładnie spłukuję hennę dopóty, dopóki strumień wody będzie czysty i nie zabarwiony czerwienią.
19. Osuszam włosy i zawijam w ręcznik.
20. Zdejmuję ręcznik i cieszę się nowym kolorem.


Już niedługo wstawię zdjęcia mojego nowego koloru. Po jakichś... 8 godzinach. ;)

EDIT:









poniedziałek, 30 stycznia 2017

Olejek do ciała Alterra - limonka i oliwka.


Olejki z Alterry lubię przede wszystkim za to, że można używać ich nie tylko do ciała, ale i do włosów, twarzy, kąpieli czy masażu. Tym razem moje dłonie chwyciły się olejku limonkowo-oliwkowego.




Olejek bardzo dobrze nawilża skórę i natłuszcza ją. Jest lekki, szybko się wchłania i nie zostawia tłustego filmu na ciele, co dla mnie jest na prawdę wielkim plusem, bo nie znoszę uczucia "bycia tłustą".

Pachnie pięknie i zapach ten utrzymuje się bardzo długo. Opakowanie jest szklane, solidne i wygodne, głównie ze względu na pompkę. Cena przyzwoita, zarówno jak i skład produktu.

Cena: około 13 zł.

Wybielająca pasta do zębów Ecodenta


Po co wybielać, zarazem osłabiając swoje zęby, kiedy można kupić ekologiczną pastę, przeznaczoną do tego?




Pasta ta zawiera aktywny węgiel, znany ze swoich właściwości wybielających. Niestety, nie jest to trwałe wybielanie, a czasowe. Węgiel aktywny ma to do siebie, że pochłania wszelakie zanieczyszczenia i szkodliwe substancje. Używany jest w medycynie jako substancja odtruwająca, w przemyśle pełni rolę, przykładowo, filtrów do wody. Jest nietoksyczny dla ludzi, bezpieczny dla szkliwa i zębów, ponieważ nie pochłania minerałów. Niezbyt sprawdzi się u osób, które naturalnie posiadają żółtawe zęby, ale za to idealnie zadziała na przebarwienia po winie, kawie, papierosach.




Pasta jest czarna, ale nie ma się czego obawiać. Nie brudzi zębów, ust, ani skóry. Po spienieniu się, przybiera jasnoszary kolor. Jeśli chodzi o smak, jest on dosyć specyficzny - ni to mentol, ni zioła.

Faktycznie, daje efekt lekkiego wybielenia, jednak znika on po paru godzinach.

Cena: około 21 zł.


niedziela, 29 stycznia 2017

Jak używam próbek?


Często się zdarza, że dostaję w sklepie próbki. Zawsze wtedy pragnę wykorzystać je jak najlepiej i jak najbardziej higienicznie. Jak wiadomo, trudno o higienę, kiedy produkt wydobywamy prosto z saszetki. Dodatkowo, nie jest to wygodne, a produkt nie jest zabezpieczony.




Kupuję w Rossmanie zawsze kilka malutkich słoiczków, w cenie nieco ponad złotówkę. Myję je, dezynfekuję i sterylizuję. Produkt z próbek trafia właśnie tam i aplikacja jest wygodna, higieniczna a produkt zabezpieczony. Pod spodem, na każdym słoiczku naklejam karteczkę, lub markerem zapisuję literkę, dzięki której rozpoznam, cóż to za specyfik znajduje się w środku. I od razu życie łatwiejsze.

Dezodorant Alterra


Polecany przez wiele dziewczyn, jako naturalny, skuteczny i nie zawierający aluminium.




Ładna butelka, dobra cena i pozytywne opinie zachęciły mnie do kupna tego dezodorantu. Jest to o tyle specyficzny produkt, że posiada on atomizer i wyglądem przypomina bardziej perfumy niż dezodorant.

Zapłaciłam około 10 zł i wróciłam z moją zdobyczą do domu. I co się okazało? Że dezodorant przede wszystkim, pięknie pachnie. Jest to zapach lekko ziołowy, cytrusowy. Ponad to, aplikacja jest łatwa i skuteczność dosyć dobra, mimo, że jest to dezodorant, nie antyperspirant. Stosuję produkt wraz z moim antyperspirantem, o którym pisałam tutaj. Plusem produktu jest też naturalny, przyjemny skład. Na zimę jest to produkt idealny, za to latem, myślę, że chwycę się czegoś mocniejszego.



poniedziałek, 16 stycznia 2017

Ścięłam włosy!

Postanowiłam wybrać się do fryzjera. Nie było to niczym dziwnym, co  pół roku chodzę do fryzjera. Częściej nie muszę, ponieważ moje włosy są w dobrym stanie i nie wymagają zbyt częstego odświeżenia w postaci ścięcia końcówek. Jednak przyznam szczerze, że fryzjerom nie ufam i zawsze długo się zastanawiam przed wyborem salonu. Do tej pory skracałam i cieniowałam włosy w salonie Ramzes w moim mieście. Salon niby okej, niby profesjonalny, ale coś mi nie pasowało. Stosowanie prostownic, gorącego powietrza z suszarek, niezbyt fajnych kosmetyków (Wella) i to dziwne obchodzenie się z włosami... Fryzjerki źle podchodziły do moich włosów, które wymagają szczególnej troski, bo strasznie się plątają i są specyficzne. Targały mnie za nie, szarpały i słyszałam także wiele "porad" od nich, które w rzeczywistości były docinkami. Wybrałam więc tym razem salon Look, także u siebie w mieście, bo jestem po prostu leniwym tyłkiem, zbyt leniwym, by ruszyć się gdzieś dalej. Look na facebooku ma dobre opinie i około 2,000 lajków. Dzwonię więc, umawiam się, babka rzuca ceną 70zł za skrócenie z cieniowaniem. W Ramzesie ten sam pakiet miałam za 50... Ale cóż, zapłaciłabym każdą cenę, byleby tylko moje włosy miały odpowiednią "opiekę". No i się zawiodłam. Nie na samym ścięciu i efekcie końcowym, bo jest on nawet pozytywny, ale na sposobie w jaki moje włosy były traktowane.

Pierwsze co zauważyłam w salonie to kilka certyfikatów i dyplomów oraz to, że salon używa L'Oreala.  L'Oreal jak dla mnie jest nie dosyć, że nienaturalną marką, to jeszcze testującą na zwierzętach. W tej chwili żałowałam, że nie mam już odwrotu. Chciałam jak najszybciej ściąć włosy i wybrałam salon, który znajdywał się najwyżej w rankingu. Szkoda, że nie w moim. Miałam włosy umyte, ale fryzjerka uznała, że i tak trzeba je umyć. Okej, typowe. W Ramzesie też tak było. Mycie włosów u fryzjera zawsze bardzo mnie relaksuje. Na fotelu zostałam spytana o to, jaki fryz sobie życzę i fryzjerka przystąpiła do pracy. I znów to samo. Targanie, szarpanie, prostownica i gorące powietrze z suszarki. Biedne moje włosy, oh, biedne! Trudno. Straciłam 70 zł, ale następnym razem nieco dokładniej i czujniej wybiorę salon.


Przed:


Po:




Kiedy wiem, że moje włosy przeżyły swój mały koszmar w salonie (wytargane, wygrzane), zawsze po powrocie z fryzjera ratuję je olejowaniem lub maską.




czwartek, 12 stycznia 2017

Olej z czarnuszki.



Zachęcona pozytywnymi opiniami, jakie docierały do moich uszu, postanowiłam zakupić olej z czarnuszki. Rzekomo ma dobrze działać na cerę problemową. Nie posiadam takiej cery, ale wolę dmuchać na zimne i zapobiegać, bo nieprzyjaciel może wejść na twarz każdego, nawet najlepiej dbającego o skórę człowieka.




Olej z czarnuszki nadaje się do picia jak i do stosowania zewnętrznego. Zapach ma przyjemny, korzenny, kolor żółty a smak... No cóż, nieco ostry, pikantny. Niezbyt się z nim polubiłam, ale cóż, muszę po prostu się przyzwyczaić.

Czarnuszka siewna wykazuje działanie rozgrzewające, przeciwbólowe, uspokajające, wiatropędne, usuwające wzdęcia i niestrawność, wykrztuśne, mlekopędne. Działa też przeciwbakteryjnie, przeciwzapalnie, przeciwgrzybiczo, przeciwpasożytniczo oraz przeciwnowotworowo. Wspomaga układ odpornościowy i pokarmowy. Reguluje ciśnienie i poziom glukozy we krwi.

Roślinę tę w postaci oleju, przyprawy czy naparu stosuje się w leczeniu:

– astmy
– problemów skórnych (grzybica, trądzik, łupież, AZS, liszaj, łuszczyca)
– bólach menstruacyjnych oraz PMS (napięcie przedmiesiączkowe)
– cukrzycy
– miażdżycy
– niestrawności, wzdęciach, żółtaczce
– pasożytów jelitowych
– zaparć
– kolek niemowlęcych
– przewlekłego zmęczenia
– kaszlu, przeziębienia i grypy
– bólów głowy
– reumatyzmu

Jeśli chodzi o działanie oleju na twarz, sprawdza się on zarówno w przypadku cery tłustej, mieszanej i dojrzałej jak i suchej. Działa na skórę przeciwzapalnie. Doskonale oczyszcza pory, wygładza, nawilża i regeneruje.

Nadaje się też do olejowania włosów - niestety nie moich. Olej jest znakomity do olejowania włosów suchych i wysokoporowatych. Działa bardzo dobrze na wypadanie włosów.



Należy przechowywać go w lodówce i wykorzystać 3 miesiące po otworzeniu.




Mój najgorszy kosmetyk - maska fitotermalna Banii Agafii.



Najgorszym kosmetykiem, po który już na pewno nie sięgnę ponownie jest maska fitotermalna Banii Agafii.




Producent pisze:
Rozgrzewająca maska na bazie ziół syberyjskich wykazuje działanie wzmacniające i odmładzające. Wzmacnia i poprawia cyrkulację krwi, normalizuje procesy wymienne i chroni skórę od zmian spowodowanych starzeniem się skóry. Odpowiednia do pielęgnacji dowolnego rodzaju skóry.

Jakie są moje odczucia? Według instrukcji, należy po kąpieli wetrzeć w siebie maskę, po czym spłukać ją chłodną wodą po 5-10 minutach. Tu pojawia się pierwszy minus, ponieważ zwykle biorę kąpiel, zamiast prysznica i po prostu nie chce mi się dwa razy wchodzić do wanny tylko po to by spłukać jakąś maskę. Nałożyłam ją więc przed kąpielą. 

Konsystencja jest dosyć gęsta, niczym krem, zapach zaś dosyć przyjemny, choć mocny. Maska średnio dobrze się rozciera.

Już po dwóch minutach zaczęłam odczuwać pieczenie. Nie było to uczucie przyjemnego rozgrzewania a właśnie pieczenia. Weszłam więc do wanny i każda kropla ciepłej wody, która dotknęła mojej skóry sprawiała, że miałam ochotę syczeć z bólu. Kąpiel była szybka i bolesna, cały czas miałam zaciśnięte zęby i czułam, jakby całe moje ciało płonęło. Musiałam opłukiwać się zimną wodą, ale nawet to niewiele dało. Po kąpieli uczucie pieczenia i piekielnych ogni tańczących na skórze utrzymało się jeszcze przez 45 minut.

Skład, jak widać, też nie jest zadowalający:


Skład: Aqua, Isopropyl Palmitate, Glycerin, Cetearyl Alcohol, Kaolin, Theobroma Cacao (Cocoa) Seed Butter Cetearyl Glucoside, Echinacea Purpurea Extract, Persicaria Hydropiper Extract, Rhodiola Rosea Root Extract, Organic Oenothera Biennis (Evening Primrose) Oil, Origanum Vulgare Flower Extract, Sodium Cocoyl Glutamate, Carbomer, Hydroxyethylcellulose, Sodium Cetearyl Sulfate, Parfum, Benzyl Alcohol, Dehydroacetic Acid, Sodium Benzoate, Potassium Sorbate, Capsaicin, Citric Acid.


Kilka razy użyłam tej maski, bo nie lubię wyrzucać produktów, które już kupuję. Kilka więc razy musiałam znosić owe piekielne ognie.

Po raz kolejny Bania Agafii mnie zawiodła. Coraz bardziej przestaję lubić tą markę. 
Nie polecam.

wtorek, 3 stycznia 2017

Syberyjskie nowości oraz dezodorant.


Kilka nowości kosmetycznych ze sklepu BioOrganika.




 Dobrze się złożyło, że akurat skończył mi się tonik oraz krem Sylveco. Postanowiłam na chwilę odejść od swojego ulubieńca (Sylveco) i spróbować dóbr Rosyjskich.




Zdecydowałam się na krem Baikal Herbals i uważam, że to był dobry wybór. Krem jest przeznaczony do cery tłustej. Jego konsystencja jest dosyć zwarta, zbita, a krem mimo tego dobrze rozprowadza się po skórze. Jego plusem i wielką zaletą jest zapach, który jest delikatny i ziołowy. Opakowanie też wygodne i higieniczne - mamy pompkę i przykrywkę. Skóra reaguje na krem bardzo dobrze, sebum zmniejszone. Krem jest też dobrym wyborem pod makijaż oraz do łączenia z hydrolatem, witaminą E czy innymi dodatkami.




Tonik Natura Siberica też okazał się strzałem w dziesiątkę. Przeznaczony do cery tłustej, w połączeniu z wyżej opisywanym kremem, działają jak pies na sebum. I znowu jest to produkt, którego zapach działa na mnie niesamowicie - przyjemny, ziołowy, delikatny. Butelka jednak jest mało wygodna, ponieważ posiada korek, który umożliwia wydobycie produktu po naciśnięciu nań. Opcja rewelacyjna dla produktów o zawartości nieco gęstszej jak szampon, odżywka, ale nie dla płynnego toniku, który lubi mi się wtedy porozlewać dookoła.





Moje pierwsze podejście do dezodorantu organicznego. Wybrałam dezodorant Eco Cosmetics. Szczerze przyznam, że miałam obawy. Moje pachy są miejscem specyficznym, które wymagają specjalnej troski. O ile nie mam problemu z brzydkim zapachem potu w żadnych częściach ciała, bo na przykład, stóp to, o dziwo nie dotyczy, mogę chodzić w upale 50*C w cieniu pięć dni pod rząd, nie zmieniając ani skarpet, ani butów (przetestowane w Utah, USA!), to moje stopy i tak pozostaną suche i zupełnie bez zapachu. Bardzo mnie to cieszy, bo wiem, że wiele osób boryka się z przykrym zapachem stóp... Ale jeśli chodzi o moje pachy, są dwie wady. Pocę się cały czas, wystarczy delikatne uczucie ciepła i już będę mokra w tym miejscu (bez skojarzeń proszę!), a ponad to, zapach będzie.... No okej, może nie będę dosłownie śmierdzieć, ale jednak po wetknięciu nosa pod pachę da się poczuć, że jednak zapach jest nieco mniej przyjemny niż za raz po aplikacji dezodorantu... Właściwie dwóch, bo moje pachy katowałam pierw dezodorantem w sztyfcie, potem dezodorantem w sprayu. Chciałam zrobić to mocno, skutecznie i nawalić tam jak najwięcej, by tylko się nie pocić i nie pachnieć źle. Bez skutku. Skoro drogeryjne specyfiki nie działały, to co dopiero delikatniejsza ich wersja organiczna. Długo nie mogłam znaleźć dezodorantu w sztyfcie. Cóż, dezodoranty w kulce mi absolutnie nie pasują. Nie znoszę uczucia mokrości pod pachami i oczekiwania aż zaschnie. A jednak używając dezodorantu Eco Cosmetics jestem miło zaskoczona. Przed aplikacją produktu oczywiście myję pachy a potem wcieram w nie srebro koloidalne (zabójca bakterii). Na końcu aplikuję dezodorant i nie używam już żadnych sprayów. O dziwo, problem potliwości zniknął a zapach utrzymuje się neutralny przez cały dzień. Hurra!


Na koniec, mały update włosowy... Owszem, jestem włosomaniaczką i mam bzika na punkcie moich włosów.




Henna spłukana, niebawem trzeba będzie udać się do fryzjera na odświeżenie fryzury (czyt. ścięcie 10-15 cm) i odświeżyć kolor.