sobota, 29 lipca 2017

Moje ulubione olejki do twarzy + update włosów


Na początek pochwalę się włosami. Wciąż są w świetnym stanie, a dodatkowo wprowadziłam do codziennej pielęgnacji sok z cytryny, ocet jabłkowy i skrobię ziemniaczaną. Ich działanie oraz powody, dla których je włączyłam do pielęgnacji, opiszę w kolejnym poście.




Moje ulubione olejki do twarzy:




Jakie działanie mają na twarz?

OLEJ TAMANU: Doskonały na trądzik i zmiany trądzikowe. Ma działanie gojące, antyseptyczne, przeciwzapalne, przeciwbólowe. Działa antybakteryjnie, antywirusowo, przeciwgrzybicznie, antybiotycznie i przeciwreumatycznie. Zwalcza wolne rodniki, jest zaliczany do antyoksydantów, intensywinie regeneruje skórę i redukuje blizny. Doskonale działa też na zajady i opryszczkę. Radzi sobie też z oparzeniami słonecznymi i atopowym zapaleniem skóry. U mnie sprawdza się doskonale, zwłaszcza na trądzik. To jeden z nielicznych olejów, które tak zbawiennie działają na moją cerę. 

OLEJ JOJOBA: Skład oleju jojoba to przede wszystkim nasycone i nienasycone alkohole i kwasy tłuszczowe. W porówaniu z pozostałymi olejami roślinnymi zawiera niewiele trójglicerydów. Jest natomiast bogaty w fitosterole, witaminy A, E i F oraz skwalan. Olej jojoba zawiera witaminy C, E i B kompleks. Posiada również minerały: krzem, chrom, miedź i cynk, siarkę, kobalt i śladowe ilości cyny. Ma bardzo duży procent jodu, prawie 81,7%. Stężenie jodu daje mu wielką moc uzdrawiania. Jojoba jest dobrze tolerowany przez osoby z problemami skórnymi. Posiada zdolność do zminimalizowania drobnych linii i zmarszczek, poprawiając jędrność skóry przy jednoczesnym wsparciu odmładzania. Świetnie sprawdzi się w zapobieganiu rozstępom, ponieważ zmiękcza i uelastycznia skórę. Natłuszcza i wspomaga nawilżenie suchej skóry. Zmiękcza skórę i chroni ją przed utratą wilgoci. Likwiduje suche i nieestetyczne skórki. Ujędrnia skórę, wspomaga redukcję cellulitu i zapobiega powstawaniu rozstępów. Jest naturalnym antyoksydantem – chroni skórę przed działaniem wolnych rodników i zapobiega przedwczesnym procesom starzenia. Dostarcza skórze cenne składniki odżywcze. Reguluje poziom sebum. Wspomaga regenerację skóry. Łagodzi podrażnienia i stany zapalne (w tym podrażnienia słoneczne oraz stany zapalne wywołane przez łuszczycę, atopowe zapalenie skóry, egzemę i łojotokowe zapalenie skóry). Chroni skórę przed działaniem niekorzystnych czynników atmosferycznych. Ja ten olejek pierwszy raz zakupiłam w USA, bo kosztowałtam grosze, i zakochałam się w nim. Świetnie działa u mnie i na twarz i na włosy.

OLEJ CATTIER Z KAROTKI: Według producenta: "olejek organiczny z Karotki brązująco- witalizujący. Bogaty w Wit. A, B i F .Olejek powoduje naturalne brązowienie skóry. Wykorzystując po opalaniu, pomaga zmiękczyć skórę i utrzymać naturalną opaleniznę. Posiada silne właściwości regenerujące, rewitalizujące .Zalecany do pielęgnacji wszystkich typów skóry.W przypadku poparzeń. Odżywia ,konserwuje. Przyśpiesza również proces opalania nadając przy tym skórze intensywny ciemno-złoty kolor. Dzięki obecności ß-karotenu oraz witaminy E i prowitaminy A skóra zostaje wzbogacona i odżywiona w naturalne składniki. Opalanie stanie się bezpieczniejsze dzięki wprowadzonym filtrom UVA i UVB. olejków eterycznych dla ciała, twarzy i pielęgnacji włosów."  [produkt]
Olejek ten jest świetnym rozwiązaniem na lato, z racji, że stanowi ochronę przed szkodliwymi promieniami słonecznymi. Jeśli chodzi o działanie brązujące czy samoopalające to jestem dosyć sceptycznie nastawiona. Jeśli zaś chodzi o działanie na samą skórę, nie ma efektu "wow", choć ogólny efekt jest zadowalający. Dodaję go także do kąpieli.

OLEJ Z OPUNCJI FIGOWEJ: Pierwszy raz zakupiony w Kołobrzegu i bardzo polecany jako ekspert w dziedzinie zmarszczek. Uważam, że zmarszczki niestety mam, mimo młodego wieku i zamierzałam podjąć próby zwalczenia ich. Kwas linolowy Omega 6 to nienasycony kwas tłuszczowy, który nie jest produkowany przez organizm człowiek, dlatego musi być pobierany z otoczenia. Jego działanie sprawia, że skóra jest bardziej nawodniona, nawilżona i elastyczna. Warto wspomnieć, że kwas linolowy zawarty w olejku z opuncji wzmacnia warstwę lipidową skóry, dzięki czemu lepiej się goi i łatwiej regeneruje po podrażnieniach. Podobne właściwości mają zawarte w opuncji fitosterole, uczestniczące w regulacji procesów wewnątrzkomórkowych, dzięki czemu pobudzają regenerację i gojenie naskórka. Wzmacniają barierę naskórkową, w efekcie hamują utratę wody ze skóry. Warto podkreślić, że działają łagodząco i przeciwalergicznie, poprawiają również elastyczność i gęstość skóry, co sprawia, że olejek z opuncji ma działanie przeciwzmarszczkowe. Z kolei osoby, które mają problemy z tłustą cerą, docenią to, że ten naturalny kosmetyk normalizuje pracę gruczołów łojowych. Zawarta w olejku witamina E w postaci gamma-tokoferolu zapobiega przedwczesnemu niszczeniu i starzeniu się skóry, ponieważ ma silne działanie antyoksydacyjne, dzięki czemu chroni przed działaniem wolnych rodników. Olejek ten, w moim przypadku, jest przede wszystkim wspaniałym nawilżaczem i nawadniaczem.

OLEJEK Z DRZEWA HERBACIANEGO: Podobnie jak jojoba, pierwszy raz odkryty przeze mnie był w USA. Jest bardzo mocny, bardzo silny i użyty w nadmiarze, powoduje pieczenie twarzy oraz oczu. Najlepiej jest mieszać go z tonikiem lub kremem. Jest niezwykle wszechstronnym naturalnym kosmetykiem, który pielęgnuje oraz leczy skórę. Dzięki swoim właściwościom antyseptycznym, dezynfekującym i przeciwzapalnym doskonale sprawdzi się w pielęgnacji skóry tłustej i trądzikowej oraz problematycznej skóry głowy. Stosowany jest także przy infekcjach grzybiczych, trudno gojących się ranach oraz swędzących ukąszeniach owadów. U mnie sprawdza się głównie jako olejek antyseptyczny, leczący zmiany trądzikowe.


OLEJ NEEM: Standardowo, pomaga w walce z trądzikiem. Ponad to, chroni skórę i spowalnia procesy starzenia. Łagodzi objawy atopowego zapalenia skóry. Walczy z grzybicą, łuszczycą, egzemą. Zmniejsza suchość skóry. Moja twarz bardzo go lubi, ponieważ prócz walki ze zmianami trądzikowymi, neem także doskonale nawilża, zmiękcza skórę i poprawia jej ogólny wygląd i kondycję. 

OLEJ BERGLAND MARAKUJA: Producent pisze: "Olejek do cery mieszanej, harmonizuje skórę i dostarcza cennych kwasów tłuszczowych. Zawiera również: olej z pestek moreli, organiczny olej jojoba, olej konopny, olej z wiesiołka, olej z marakui organiczna, naturalna witamina E, perfumy, naturalne składniki olejków zapachowych." [produkt]
Moim zdaniem, produkt nie robi niczego szczególnego z moją twarzą, mimo, że jest fajną mieszanką różnych olejów.

OLEJ LNIANY: Organiczny olej lniany (Linum Usitatissimum (Linseed) Seed Oil) tłoczony na zimno z wyselekcjonowanych nasion lnu zwyczajnego. Jest niezastąpiony w pielęgnacji skóry problematycznej, ze skłonnościami do podrażnień i stanów zapalnych. Działa łagodząco, regenerująco, przeciwzapalnie i nawilżająco. Wyróżnia się dużą zawartością kwasów tłuszczowych: alfa-linolowego (Omega-3), linolowego (Omega-6) i oleinowego (Omega-9). Zawiera też cenne witaminy B i E. Pobudza proces regeneracji skóry właściwej i naskórka. Doskonale sprawdza się w pielęgnacji włosów, chroniąc włosy przed wypadaniem, łamliwością, rozdwajaniem końcówek i przyspieszając ich wzrost. Łagodzi podrażnienia i stany zapalne skóry, nawilża skórę, przeciwdziała powstawaniu zmarszczek, pobudza proces regeneracji skóry właściwej i naskórka.

OLEJ Z NASION MALIN: Stosuję go głównie wraz z filtrem 50+ na swój tatuaż, aczkolwiek postanowiłam używać go także na skórę twarzy. Olej ten jest cennym dla skóry źródłem kwasów tłuszczowych Omega-3 i Omega-6, witaminy E i karotenoidów. Zawiera też kwas elagowy, który wykazuje działanie przeciwbakteryjne i przeciwwirusowe. Doskonale sprawdza się w pielęgnacji skóry suchej, dojrzałej, wrażliwej, trądzikowej i podrażnionej. Wzmacnia barierę lipidową naskórka, zapobiega utracie wody, nawilża i wygładza skórę. Wspomaga produkcję elastyny i kolagenu, spowalniając procesy starzenia się skóry, poprawiając jej jędrność i wygładzając zmarszczki. Wykazuje działanie przeciwzapalne i przeciwalergiczne. Pobudza proces regeneracji skóry. Jest naturalnym filtrem przeciwsłonecznym, chroni skórę przed promieniowaniem UVA i UVB. Zapobiega powstawaniu zaskórników- przyspiesza regenerację podrażnionej skóry, chroni skórę przed promieniowaniem UVA i UVB, zapobiega starzeniu się skóry i wygładza zmarszczki, chroni skórę przed utratą wilgoci. Olej jest niezbędną rzeczą w pielęgnacji skóry w okresie letnim, kiedy słońce dosłownie daje czadu. 

Oleje nakładam na nawilżoną skórę (wchłanianie jest lepsze), lub mieszam je z kwasem hialuronowym czy kremem. 

środa, 12 lipca 2017

Spirulina


Spirulina. Zarówno o niej jak i o Chlorelli jest ostatnio głośno. A co to w ogóle jest ta cała spirulina?




Zamówiłam niewielką ilość z Esent.pl, na próbę. Otworzyłam opakowanie i... Prawie umarłam. Toż to strasznie śmierdzi! Zapach mogłabym porównać do jakiejś zgniłej, morskiej ryby, albo ewentualnie, do przeterminowanej paszy dla konia. Ohyda!

No cóż. Nie zraziłam się, jako, że wśród moich kosmetyków posiadam już jednego śmierdziela, jakim jest olej Neem (zapach zgniłej cebuli, chociaż mojemu chłopakowi się podobał i porównał go do zapachu prażonych orzeszków. No comments!), a przecież to właśnie ten olej jest moim numerem jeden i na prawdę czyni cuda z moją cerą i włosami.

Spirulina jednak, jak mniemam, nie polubiłaby się z moimi włosami, jako, że są one bardzo zdrowe i nie znoszą protein. Postanowiłam więc zrobić sobie maseczkę. Na twarz, oczywiście. Zmieszałam spirulinę z hydrolatem oczarowym i wymieszałam pędzlem. Mieszanka miała piękny, intensywny, zielony kolor, który po nałożeniu na twarz znacznie pociemniał. Towarzystwo smrodu przez 20 minut nie było mi na rękę, ale cóż. W końcu maskę zmyłam. Nie znoszę wykonywać czynności zmywania, bo po prostu jest to męczące.

W porównaniu do glinek, spirulina bardzo łatwo i lekko się łączy z cieczą, nie zasycha tak szybko na twarzy, choć ciężej się spłukuje.

Na Esent.pl znajdziemy info:

Właściwości kosmetyczne
- Doskonale nawilża skórę suchą i odwodnioną, nadając jej jedwabistą miękkość i przywracając równowagę wodną. Dzięki wysokiej zawartości aminokwasów (alanina, arginina, asparagina, glicyna, lizyna, leucyna, metionina, seryna, walina), zmniejsza szorstkość skóry i wzmacnia barierę obronne naskórka.
- Idealnie pielęgnuje cerę trądzikową i przetłuszczającą się - reguluje czynności gruczołów łojowych, działa przeciwzapalnie i likwiduje zaskórniki.
- Wzmacnia naczynia krwionośne, chroniąc je przed pękaniem (redukuje i zapobiega powstawaniu tzw. pajączków).
- Poprawia ukrwienie i koloryt skóry, nadając jej promienny wygląd i redukując blizny potrądzikowe.
- Dzięki wysokiej zawartości kwasu gamma-linolenowego (GLA), spirulina rewitalizuje, regeneruje i ujędrnia skórę dojrzałą, wiotką i poszarzałą.
- Jest polecana także do pielęgnacji skóry z problemem łuszczycy oraz przewlekłej egzemy.
- Może być stosowana w kuracjach antycellulitowych i wyszczuplających w formie kąpieli lub miejscowych okładów typu body-wrapping.

Twarz po spirulinie wydała mi się być faktycznie bardziej nawilżona, miękka i gładka. Zaskórników też zauważyłam mniej a trądzik (niestety przy obecnych tabletkach antykoncepcyjnych pojawił się...) zmniejszył się.

Korektory do twarzy PuroBIO vs. Lavera.


Oba zostały przetestowane i w końcu mogę wydać na ich temat swoją opinię.

Zacznę od PuroBIO.




Kupiony jakiś czas temu w BioOrganice, obecnie już się niestety kończy. Uważam, że jest to na prawdę ciekawy produkt. Jest naturalny, organiczny, wegański i certyfikowany. Odcień bardzo jasny, a dodatkowo opakowanie jest bardzo wygodne, bo wystarczy tubkę lekko ścisnąć, by wydobyć produkt. Korektor ma odpowiednią konsystencję i bardzo łatwo się go aplikuje. Nadaje się do aplikacji zarówno na podkład jak i pod niego, nie zasycha szybko, więc można produkt dołożyć lub zastosować drobne poprawki. Bardzo dobrze kryje też niedoskonałości i dobrze stapia się z ciemniejszym kolorem podkładu czy skórą. Bardzo dobre krycie. Bardzo dobrze współgra z beautyblenderami i gąbkami do nakładania podkładu. Dogaduje się też z palcami. Cena to około 40 zł.


Z Laverą niestety jest inaczej i trochę się zawiodłam.




Podkład niewiele droższy od PuroBIO, a niestety jakościowo nieco gorszy. Przede wszystkim, ma bardzo słabe krycie. Niedostatecznie kryje zarówno cienie pod oczami, jak i niedoskonałości. Odcień niby najjaśniejszy, aczkolwiek jest dość specyficzny. Bardzo szybko zasycha i nie nadaje się na stosowanie na podkład, a jedynie na krem. Stosowany na podkład, zaczyna go rozmazywać. Kolejną wadą jest opakowanie - trzeba cały czas dokładać produkt, wybiegając go z buteleczki. Krycie bardzo słabe, praktycznie go nie ma. Nie dogaduje się ani z palcami, ani z beautyblenderami.


Jak widać, jeśli chodzi o tę dwójkę, zdecydowanie wygrywa korektor z PuroBIO.

środa, 5 lipca 2017

Update kolorówki.


Pora na mały update w związku z moją kolorówką. Pojawiło się kilka nowych kosmetyków, a ja sama wiele zmieniłam w swoim makijażu, bo na przykład zaczęłam używać rozświetlacza i przymierzam się do różu.


cała moja kolorówka, którą przechowuję w szafce


Zacznę od pędzli, bo tych używam kilku.





Bardzo lubię, cenię i szanuję pędzle od benecos. Producent wypowiada się o nich w następujący sposób:

"Duży i miękki eko-pędzel do pudru od marki Benecos to znakomita propozycja dla wszystkich miłośniczek makijażu. Włosie pędzla zostało wykonane z syntetycznego włókna o jedwabistej miękkości. Jest trwałe i nie wywołuje alergii (w przeciwieństwie do włosia naturalnego), a przy tym jest cruelty-free. Rączka pędzla została wyprodukowana z drewna bambusowego pochodzącego z ekologicznych, certyfikowanych upraw. Okucie natomiast zostało wykonane z aluminium, które nadaje się do recyklingu.
Rączka pędzla jest długa i smukła, dzięki czemu aplikacja jest bardzo wygodna. Włosie dobrze znosi częste użytkowanie i pranie, nie niszczy się i nie rozdwaja. Pędzel pozostaje miękki, puszysty i kształtny. Pędzel nadaje się do nakładania pudru sypkiego lub w kamieniu na duże powierzchnie twarzy. Puder nałożony pędzlem utrzymuje się dłużej i wygląda bardziej naturalnie.

Dla kogo?
Produkt dla wszystkich fanów makijażu. Szczególnie rekomendowany dla wegan, osób wyznających filozofię cruelty-free oraz osób z tendencją do reakcji alergicznych.

Efekty:
Przyjemna aplikacja pudru
Miękkie, puszyste włosie
Profesjonalny wygląd
Produkcja w zgodzie z naturą"


Czy się zgadzam? Jak najbardziej. Przede wszystkim ja cenię w tych pędzlach to miziaste, miękkie włosie. Jest niezwykle delikatne i na prawdę uwielbiam czuć je na swojej twarzy.


pędzel benecos do pudru

pędzel benecos do różu


Oprócz tej fantastycznej dwójki posiadam także kupiony na szybko w hebe pędzel do rozświetlacza.




On także posiada miękkie włosie i bardzo dobrze nakłada mi się nim rozświetlacz, który jest nowością w mojej kolorówce.

Posiadam też oczywiście swój "turystyczny" pędzel, który jest bardzo przydatną rzeczą w podróży. Ze spokojnym sumieniem pakuję go do torby, bez obaw o to, że włosie się uszkodzi, pogniecie czy powygina. Mogę zabrać go ze sobą wszędzie.




Pędzle, obecnie, z racji, że mamy lato i bardzo upalną pogodę, myję co tydzień.




No i pora na rozświetlacze. Jak widzicie, niestety nie są one organiczne i należą do popularnych, drogeryjnych marek. Niestety, nie znalazłam organicznego rozświetlacza. A jak już na jakiś trafiłam, to trzeba by go wołać aż zza oceanu i zapłacić miliony, które przecież można wydać na dziwki i koks.

Najlepszy pod względem składu, jeśli chodzi o drogeryjne kosmetyki kolorowe, wydaje się być Bell HYPOAllergenic. I taki też rozświetlacz zakupiłam. Ma on bardzo fajny kolorek, ale niestety nie jest zbyt widoczny na policzkach, mimo, że bródka i nosek są bardzo ładnie rozświetlone.


po lewej: bez rozświetlacza, po prawej: z rozświetlaczem


rozświetlacz Bell


Postanowiłam odwiedzić ponownie hebe i zakupić nowy rozświetlacz, marki HEAN. Raz kozie śmierć, od jednego nienaturalnego, nieorganicznego kosmetyku skóra mi chyba nie odpadnie, pomyślałam. Jest on nieco mocniejszy, więc stosuję go na policzki, a ten z Bell - na nos i brodę. Koleżanka YouTuberka z uczelni doceniła to, że nakładam rozświetlacz i że wiem jak to czynić i zechciała nakręcić ze mną swój kolejny filmik! Yay!


Pojawiły się też u mnie dwa nowe tusze do rzęs. 




Jeśli chodzi o laverę, tusz ma dosyć "oleistą" konsystencję, lejącą, niezbyt zbitą, zasychanie na rzęsach sporo mu zajmuje, ale mimo tego dobrze trzyma się, nie rozmazuje i nie daje efektu pandy. Szczoteczka jest bardzo wygodna i dobrze rozdziela rzęsy.

Tusz od puroBIO, mimo swojej specyficznej szczoteczki, która dla mnie jest średnio wygodna, dobrze się nakłada, jest zbity, aczkolwiek też mija chwila, zanim zaschnie. Podobnie jak z laverą, nie rozmywa się i utrzymuje się cały dzień.




Cienie do powiek co prawda też nie są naturalne ani organiczne, ale jak tylko je zobaczyłam w Rossmannie w tak pięknej cenie (17zł) to nie mogłam się oprzeć!

A teraz pora pomówić o moim kolorówkowym niewypale...




Baza pod makijaż do cery tłustej z puroBIO...

Rzekomo kiedy używamy bazy pod makijaż, nie zapychamy sobie porów i cera jest w o wiele lepszym stanie. Postanowiłam to sprawdzić i kupiłam bazę organiczną od jednej z droższych marek. Kiedy zaczęłam z nią eksperymentować, przeżyłam szok. Produkt bardzo kiepsko się nakłada, dodatkowo podkład nałożony na bazę strasznie się roluje, rozmazuje, rozmywa... Nie mam pojęcia co czynię źle, ale szkoda mi wyrzucać produkt wartości 70zł.


No i w końcu, podkłady i korektor. Podkład byłam zmuszona używać, kiedy odstawiłam antykoncepcję hormonalną i zauważyłam pogorszenie stanu cery. 




Moim pierwszym podkładem, jaki sobie sprawiłam był podkład od avril. Zamówiłam go przez internet, w związku z czym nie byłam w stanie racjonalnie określić jego koloru. No i masz abo placek, okazał się zbyt ciemny. I właściwie to jedyna wada tego podkładu. Poza tym, podkład ma dosyć lejącą, ciekłą konsystencję, nakłada się go bardzo przyjemnie. Krycie także jest dosyć dobre. Jest on jednak mało wydajny i szybko mi się skończył. A kiedy się skończył, postanowiłam spróbować przygodę z podkładem oraz korektorem od lavery.




Kolor niby najjaśniejszy, ale niewiele różni się odcieniem od avril, który był drugim z najjaśniejszych odcieni. Zaletami tego podkładu są na pewno cena oraz bardzo przyjemny zapach. Minusem jest zbyt gęsta, zwarta konsystencja oraz alkohol w składzie, który może wysuszać skórę.




Korektor zostanie dopiero poddany testom na mojej twarzy, więc recenzję zamieszczę już wkrótce...


Pora na powównanie:




Wkrótce zamieszczę też recenzję dotyczącą różu od benecos, którego zakupiłam i zamierzam włączyć do swojego makijażu.





Update: Przetestowany!




Jak widać, róż daje delikatny, niezbyt agresywny odcień. Jest łatwy w aplikacji i utrzymuje się cały dzień.






poniedziałek, 3 lipca 2017

Aloes Holika.


Dzisiejszy wpis dotyczy magicznego aloesu firmy Holika.




Czym w ogóle ten aloes jest i jakie ma właściwości? KLIK!


Niewiele roślin nadających się do uprawy w mieszkaniu posiada tak cenne właściwości lecznicze jak aloes drzewiasty (łac. Aloe arborescens) lub rzadziej spotykany aloes zwyczajny (łac. Aloe vera). Ich sztywne, zielone, ząbkowane na brzegach liście, zawierają w sobie bardzo cenny, galaretowaty miąższ, bogaty m. in. w witaminy (A, C, E i z grupy B), sole mineralne (min. potas, wapń, magnez, fosfor, siarkę, cynk, molibden, miedź), kwasy organiczne (min. cynamonowy, bursztynowy), wielocukry, glikoproteidy (aloektynę) oraz stymulatory biogenne. Dzięki takiemu bogactwu składników, miąższ aloesu wykazuje właściwości bakteriobójcze, regenerujące błonę śluzową i skórę, przeciwzapalne oraz pobudzające układ odpornościowy.
Zarówno miąższ aloesu, jak i pozyskany z niego sok, wykorzystywane są do leczenia chorób układu pokarmowego, łagodzenia stanów zapalnych jamy ustnej i gardła oraz leczenia chorób skóry (m.in. trudno gojących się ran, oparzeń, egzem, trądziku). Właściwości odżywcze i regenerujące aloesu, wykorzystywane są również w licznych kosmetykach, np. kremach do rak, balsamach do włosów. Wyciąg z aloesu wykorzystuje się też w farmaceutyce przy produkcji preparatu stymulującego działanie układu odpornościowego (Biostyminy).
W warunkach domowych do celów leczniczych wykorzystuje się miąższ z dużych, 2–3-letnich liści pozbawionych gorzkiej, zielonej skórki. Miąższ można stosować bezpośrednio na skórę lub zrobić z niego sok.


Aloes Holika zawiera 99% aloesu, ale jak widać na zdjęciu, skład, choć naturalny, jest dosyć długi. Zastanawia mnie jakim cudem te wszystkie składniki zawierają się w zaledwie 1%...

Tuba jest spora, jej zaletą jest to, że produkt nie wydobywa się samoistnie, jeśli pozostawimy tubę otwartą, ale minusem jest to, że nawet lekki, delikatny nacisk na tubę powoduje, że produkt dosłownie eksploduje, wytryskuje z tuby i niestety pojawia się problem nadmiaru... Plastik jest dosyć gruby, więc niestety tubę trzeba mocno ściskać. I tak koło się kręci.

Produkt ma postać przezroczystej, dosyć gęstej cieczy, która łatwo rozprowadza się na skórze i zaskakująco szybko na niej zasycha, nie pozostawiając jej lepkiej. 

Doskonale nawilża i koi skórę, dobrze działa na podrażnienia, pęknięcia, szorstkość czy suchość skóry. Świetne serum stanowi z olejkami. Moja cera, choć tłusta, także lubi ten aloes.

czwartek, 29 czerwca 2017

Niewypał pachowy i powrót do chemii...

Dezodorantowo-antyperspirantowa katastrofa.




Jakiś czas temu postanowiłam i moim pachom zafundować organiczne odpowiedniki dezodorantów i antyperspirantów. Ostro się zawiodłam.

Stosowałam sok z cytryny i działał dobrze, jednak po czasie przestał i znów pojawił się nieprzyjaciel Pan Zły Zapach.

Przerzuciłam się więc na ekologiczny antyperspirant w sztyfcie. Totalny niewypał, pachy śmierdziały po nim strasznie! Musiałam co 5 minut dokładać kosmetyk na skórę a i tak zapach wciąż był zły. Do tej pory, o zgrozo, nie miałam nigdy problemu z przykrym zapachem ciała.




Biały nieszczęśnik został odłożony do kąta i zastąpił go ałun. Niestety, niczego on nie zmienił. Paszki jak śmierdziały tak śmierdziały. 

Grzebałam w internecie w poszukiwaniu źródła problemu brzydkiego zapachu. Dodam, że pachy były jedynym miejscem na moim ciele, które śmierdziało. Ze stopami, o dziwo, nie mam takiego problemu i nigdy nie miałam. Spokojnie przetrwałam w Nevadzie, w 50*C upale przez 3 dni, nie zmieniając obuwia, sypiając na środku pustyni w samochodzie i po zdjęciu skarpet, nie miały one zapachu.

Okej. Ałun odstawiłam sobie do szafki i stosuję go na noc, bo szkoda zmarnować. Jest totalnym niewypałem. O dziwo, kiedy teraz, latem, strasznie pocę się w nocy, ałun działa. Rano pachy są bezzapachowe. Ale tylko spróbuję go użyć rankiem i zostawić na chwilę...

Potem została mi polecona oliwa magnezowa. Zaciekawiona postanowiłam spróbować, łącząc ją z ałunem. Niestety, działała takowa metoda przez 3 dni, po czym znów była katastrofa zapachowa.




Oliwa magnezowa jednak przydaje mi się jako mgiełka do ciała. Pijąc płyny, wypłukujemy magnez (oraz wydalamy go z potem) więc oliwa jest tutaj fajną rzeczą, która nam pomoże dostarczyć sobie magnezu (w formie mgiełki na spokojnie magnez przeniknie przez skórę, przeteleportuje się, whatever...)

Spanikowana poddałam się i komfort zwyciężył. Wróciłam do drogeryjnej chemii. Stosuję dezodorant w sztyfcie (Rexona) oraz w sprayu (Isana). Bogu dzięki trafiłam na niemiecką Isanę, która ma w miarę przyjemny i krótki skład a nawet certyfikat.



Niestety drogeryjna, pełna chemii Rexona wygrała z naturą. Epic fail.




Wracam do żywych + tatuaż.

Powracam do żywych, po tym jak wróciła mi wena na posty.

Mam dla Was informację, która pewnie nie zrobi na nikim wrażenia, jako, że tatuaże są obecnie na porządku dziennym.

W marcu zrobiłam swój pierwszy tatuaż.

Tatuaż planowałam od 7 lat i od 7 lat miał to być łapacz snów, który symbolizował by wolność oraz wilk, symbolizujący moją miłość do psowatych.

Wybrałam prestiżowy salon Arif w Warszawie i zapieprzałam na swój tatuaż z Zagłębia do stolicy. Była to moja pierwsza dziarka, więc miałam leciutki stres. Tym bardziej, że... Choruję na łuszczycę i każdy odradzał mi tatuowanie się! Zaryzykowałam. Dlaczego? Ano dlatego, że dobrze wiem, jak moja dotknięta łuszczycą skóra reaguje na uszkodzenia mechaniczne, a wbrew pozorom reaguje bardzo dobrze.

Tatuowanie trwało 1,5 h i... Nie bolało ani odrobinę. Wręcz muszę przyznać, że było to przyjemne uczucie, jakby ktoś lekko sunął cyrklem po mojej skórze. Czasami nawet łaskotało. Spokojnie klepałam ze znajomymi na facebooku, kiedy tatuator zajmował się moim ramieniem. Po zakończeniu pracy mój tatuaż został nasmarowany wazeliną i zabezpieczony. Po 4 h zdjęłam folię, odświeżyłam tatuaż (bepanthen+szare mydło). Po całej nocy obudziłam się z jedną, wielką, czarną plazmą pod folią. To było normalne, bo po prostu skóra zawsze odrzuca część barwnika.

Tatuaż i skóra goiły się znakomicie. Łuszczenie było znikome, nie było bólu, gorączkowania, żadnych innych skutków ubocznych. Czułam się znakomicie. Tatuaż jednak jest raną i jak rana właśnie go traktowałam. Pielęgnowałam standardowo, bepanthenem, wcierając go przez pierwszy tydzień co 3 godziny, z czego 3 dni pod rząd cały czas miałam na ramieniu folię, potem przez 2 dni zakładałam ją tylko na uczelnię, zaś w domu chodziłam bez. W drugim tygodniu tatuaż zaczął swędzieć (absolutnie nie wolno drapać!), smarowałam go bepanthenem 3 razy dziennie, w tygodniu trzecim raz dziennie + raz na noc i w 4 tygodniu raz na cały dzień. Za każdym razem przed nałożeniem na nowo bepanthenu, tatuaż myłam szarym mydłem lub delikatnym płynem do higieny intymnej, tatuaż delikatnie po tym osuszając chusteczkami (wolałam je od ręczników papierowych, bo jak na uczelnię miałam zabierać całą rolkę takiego papieru? Chusteczki było okej). Po miesiącu odstawiłam bepanthen i przerzuciłam się na balsam do ciała (fitomed), który stosowałam i dalej stosuję po każdej kąpieli. W ciągu tego miesiąca unikałam kąpieli w gorącej wodzie oraz wody ogółem. O alkohol się nie martwiłam, bo nie spożywam go.

Po 3 miesiącach, tatuaż w jest w pełni zagojony (barwnik w skórze osiada(?) się na dobre).


tatuaż w fazie gojenia


tatuaż zagojony


Obecnie oczywiście w dalszym ciągu pielęgnuję dziarkę. Stosuję balsamy oraz, oczywiście filtr przeciwsłoneczny, jako, że słońce to wróg tatuaży. Stosuję filtr 50+ wraz z olejkiem z pestek malin, który także służy jako filtr. 






Ostrzegam, nie skończyłam. Kolejna dziara planowana na październik.


Uwaga do czytelników! Tatuaż jest decyzją na całe życie! Należy dobrze zastanowić się nad nim oraz nad wzorem, który pozostanie z nami aż do grobowej deski! Pamiętajcie, że Wasza decyzja jest nieodwracalna i nie powinna być podejmowana pod wpływem chwilowej zachcianki, mody czy innych czynników!