czwartek, 29 czerwca 2017

Niewypał pachowy i powrót do chemii...

Dezodorantowo-antyperspirantowa katastrofa.




Jakiś czas temu postanowiłam i moim pachom zafundować organiczne odpowiedniki dezodorantów i antyperspirantów. Ostro się zawiodłam.

Stosowałam sok z cytryny i działał dobrze, jednak po czasie przestał i znów pojawił się nieprzyjaciel Pan Zły Zapach.

Przerzuciłam się więc na ekologiczny antyperspirant w sztyfcie. Totalny niewypał, pachy śmierdziały po nim strasznie! Musiałam co 5 minut dokładać kosmetyk na skórę a i tak zapach wciąż był zły. Do tej pory, o zgrozo, nie miałam nigdy problemu z przykrym zapachem ciała.




Biały nieszczęśnik został odłożony do kąta i zastąpił go ałun. Niestety, niczego on nie zmienił. Paszki jak śmierdziały tak śmierdziały. 

Grzebałam w internecie w poszukiwaniu źródła problemu brzydkiego zapachu. Dodam, że pachy były jedynym miejscem na moim ciele, które śmierdziało. Ze stopami, o dziwo, nie mam takiego problemu i nigdy nie miałam. Spokojnie przetrwałam w Nevadzie, w 50*C upale przez 3 dni, nie zmieniając obuwia, sypiając na środku pustyni w samochodzie i po zdjęciu skarpet, nie miały one zapachu.

Okej. Ałun odstawiłam sobie do szafki i stosuję go na noc, bo szkoda zmarnować. Jest totalnym niewypałem. O dziwo, kiedy teraz, latem, strasznie pocę się w nocy, ałun działa. Rano pachy są bezzapachowe. Ale tylko spróbuję go użyć rankiem i zostawić na chwilę...

Potem została mi polecona oliwa magnezowa. Zaciekawiona postanowiłam spróbować, łącząc ją z ałunem. Niestety, działała takowa metoda przez 3 dni, po czym znów była katastrofa zapachowa.




Oliwa magnezowa jednak przydaje mi się jako mgiełka do ciała. Pijąc płyny, wypłukujemy magnez (oraz wydalamy go z potem) więc oliwa jest tutaj fajną rzeczą, która nam pomoże dostarczyć sobie magnezu (w formie mgiełki na spokojnie magnez przeniknie przez skórę, przeteleportuje się, whatever...)

Spanikowana poddałam się i komfort zwyciężył. Wróciłam do drogeryjnej chemii. Stosuję dezodorant w sztyfcie (Rexona) oraz w sprayu (Isana). Bogu dzięki trafiłam na niemiecką Isanę, która ma w miarę przyjemny i krótki skład a nawet certyfikat.



Niestety drogeryjna, pełna chemii Rexona wygrała z naturą. Epic fail.




Wracam do żywych + tatuaż.

Powracam do żywych, po tym jak wróciła mi wena na posty.

Mam dla Was informację, która pewnie nie zrobi na nikim wrażenia, jako, że tatuaże są obecnie na porządku dziennym.

W marcu zrobiłam swój pierwszy tatuaż.

Tatuaż planowałam od 7 lat i od 7 lat miał to być łapacz snów, który symbolizował by wolność oraz wilk, symbolizujący moją miłość do psowatych.

Wybrałam prestiżowy salon Arif w Warszawie i zapieprzałam na swój tatuaż z Zagłębia do stolicy. Była to moja pierwsza dziarka, więc miałam leciutki stres. Tym bardziej, że... Choruję na łuszczycę i każdy odradzał mi tatuowanie się! Zaryzykowałam. Dlaczego? Ano dlatego, że dobrze wiem, jak moja dotknięta łuszczycą skóra reaguje na uszkodzenia mechaniczne, a wbrew pozorom reaguje bardzo dobrze.

Tatuowanie trwało 1,5 h i... Nie bolało ani odrobinę. Wręcz muszę przyznać, że było to przyjemne uczucie, jakby ktoś lekko sunął cyrklem po mojej skórze. Czasami nawet łaskotało. Spokojnie klepałam ze znajomymi na facebooku, kiedy tatuator zajmował się moim ramieniem. Po zakończeniu pracy mój tatuaż został nasmarowany wazeliną i zabezpieczony. Po 4 h zdjęłam folię, odświeżyłam tatuaż (bepanthen+szare mydło). Po całej nocy obudziłam się z jedną, wielką, czarną plazmą pod folią. To było normalne, bo po prostu skóra zawsze odrzuca część barwnika.

Tatuaż i skóra goiły się znakomicie. Łuszczenie było znikome, nie było bólu, gorączkowania, żadnych innych skutków ubocznych. Czułam się znakomicie. Tatuaż jednak jest raną i jak rana właśnie go traktowałam. Pielęgnowałam standardowo, bepanthenem, wcierając go przez pierwszy tydzień co 3 godziny, z czego 3 dni pod rząd cały czas miałam na ramieniu folię, potem przez 2 dni zakładałam ją tylko na uczelnię, zaś w domu chodziłam bez. W drugim tygodniu tatuaż zaczął swędzieć (absolutnie nie wolno drapać!), smarowałam go bepanthenem 3 razy dziennie, w tygodniu trzecim raz dziennie + raz na noc i w 4 tygodniu raz na cały dzień. Za każdym razem przed nałożeniem na nowo bepanthenu, tatuaż myłam szarym mydłem lub delikatnym płynem do higieny intymnej, tatuaż delikatnie po tym osuszając chusteczkami (wolałam je od ręczników papierowych, bo jak na uczelnię miałam zabierać całą rolkę takiego papieru? Chusteczki było okej). Po miesiącu odstawiłam bepanthen i przerzuciłam się na balsam do ciała (fitomed), który stosowałam i dalej stosuję po każdej kąpieli. W ciągu tego miesiąca unikałam kąpieli w gorącej wodzie oraz wody ogółem. O alkohol się nie martwiłam, bo nie spożywam go.

Po 3 miesiącach, tatuaż w jest w pełni zagojony (barwnik w skórze osiada(?) się na dobre).


tatuaż w fazie gojenia


tatuaż zagojony


Obecnie oczywiście w dalszym ciągu pielęgnuję dziarkę. Stosuję balsamy oraz, oczywiście filtr przeciwsłoneczny, jako, że słońce to wróg tatuaży. Stosuję filtr 50+ wraz z olejkiem z pestek malin, który także służy jako filtr. 






Ostrzegam, nie skończyłam. Kolejna dziara planowana na październik.


Uwaga do czytelników! Tatuaż jest decyzją na całe życie! Należy dobrze zastanowić się nad nim oraz nad wzorem, który pozostanie z nami aż do grobowej deski! Pamiętajcie, że Wasza decyzja jest nieodwracalna i nie powinna być podejmowana pod wpływem chwilowej zachcianki, mody czy innych czynników!