Trochę mi się tego ostatnimi czasy nazbierało i szczerze, zaczynam się już martwić, czy oby nie zaczynam się powoli uzależniać, bo moja mania organicznych kosmetyków staje się powoli zbieractwem.
Wśród moich nowości znalazł się olejek Neem. Zachęciła mnie do niego informacja o tym, że nadaje się do cery tłustej i trądzikowej. Ja co prawda trądziku nie mam, ale lepiej zapobiegać niż leczyć i dmuchać na zimne. Kolejnym, co zachęciło mnie do kupna tego olejku była jego niska cena (21,50 zł) oraz rzekomo dobre działanie na skórę dotkniętą łuszczycą. Coś dla mnie, pomyślałam.
Olejek przyjechał do mnie kurierem, więc zastałam go w stanie stałym, jednak z czasem zmienił się on, pod wpływem domowego ciepła, w olejek o ciekłej konsystencji i ciemnej barwie.
Szczerze muszę napisać, że mam nadzieję, że ten olejek jak najszybciej zużyję. Dlaczego? Ano dlatego, że ten zapach po prostu jest niesamowicie drażniący, nieznośny i obrzydliwy. Zapach zgniłej cebuli skutecznie odtrąca mnie od tego olejku i sprawia, że trzymanie go na twarzy i włosach jest po prostu męczarnią dla moich nozdrzy. Po prostu, nie, nie, nie!
Co jednak z działaniem tego paskudztwa? Przede wszystkim, zauważyłam, że działa na skórę antybakteryjnie, przez co zapobiega trądzikowi. Jest też idealny na skórę suchą i zmiany łuszczycowe, które posiadam. Po zastosowaniu olejku stają się bledsze i mniej swędzące.
Jeśli o włosy chodzi, przede wszystkim olejek u mnie sprawdził się jako dosyć dobry nawilżacz i nabłyszczacz.
Ale ten zapach... Po prostu, fuj.


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz